Ostatnia niedziela Wielkiego Postu rozpoczynała obrzędy Wielkiego Tygodnia i nazywana była Niedzielą Palmową. Przed sumą odbywała się uroczystość poświęcenia palm. Były one robione z gałązek łozy z baziami, umajonymi trzciną, bukszpanem lub barwinkiem, suchymi kwiatkami. Na sumę wszyscy z domu szli z palmami. Każda gospodyni niosła dużą palmę, dzieci miały mniejsze palmy. Obrzęd poświęcenia palm trwał dość długo. Po śpiewach psalmów ewangelii, wyruszała procesja na zewnątrz kościoła. Powracająca do kościoła procesja z palmami zastawała drzwi kościoła zamknięte. Wewnątrz pozostawał tylko organista, który na przemian z celebransem śpiewał przepisane psalmy. Po modlitwach celebrans uderzał ramieniem krzyża trzykrotnie w drzwi kościelne, które się w tym momencie otwierały. Wierni wchodzili do kościoła. Miało to symbolizować otwarcie nieba dla wszystkich przez śmierć krzyżową Jezusa Chrystusa. Wierni ustawiali się przez środek kościoła i kładli swoje palmy na posadzce świątyni. Po palmach tych kroczył, wśród śpiewu „Krzyżu Święty”, celebrans poprzedzony krzyżem procesyjnym. Miał w ręku również palmę. Obrzęd poświęcenia palm zakończony. Rozpoczynała się Msza św. Kolorem liturgicznym Niedzieli Palmowej był fioletowy. Dziś czerwony.

Powracający z kościoła wierni uderzali się wzajemnie palmami mówiąc: palma bije, nie ja biję, za sześć noc – Wielkanoc, za sześć dzień – Wielki Dzień. Tak samo po powrocie do domu uderzano palmą tych, którzy nie byli na sumie.

Poświęcone palmy przechowywano w domu, najczęściej za obrazami. Z początkiem maja, gdy po raz pierwszy wyganiano krowy na pastwisko należało mieć w ręku palmę, którą bydło uderzano aby zdrowo się chowało i krowy dużo mleka dawały.

Poniedziałek i wtorek były dniami przygotowań do następnych dni Wielkiego Tygodnia. Chłopcom przygotowywano kołatki, nazywane „bocianami”. Były te kołatki pojedyncze albo z czterema młotkami, te ostatnie były marzeniem wszystkich chłopców.

W Wielką Środę odbywało się nabożeństwo zwane Ciemną Jutrznią. W ławach obok wielkiego ołtarza zasiadali księża i organista, śpiewając na przemian psalmy przepisane dla tego obrzędu. W prezbiterium ustawiano świecznik o 13 świecach. Na dany znak przez księdza katechetę, ministrant gasił po jednej świecy. Ostatnią pośrodku świecę nie gasił tylko płonącą wynosił za ołtarz.  W tym momencie księża uderzali książkami o pulpit, co dawało sygnał do ogromnego łoskotu kołatkami, jaki wprawiła czekając z niecierpliwością na ten moment „zgraja” chłopców z kołatkami. Wypadali z kościoła i biegiem z głośnym kołataniem obiegali kościół.

Ciemną Jutrznię odprawiano jeszcze w Wielki Czwartek i Wielki Piątek.

W Wielki Czwartek w godzinach rannych odprawiała się jedyna Msza św. Na „Gloria” uderzały wszystkie dzwony i  dzwonki tak w kościele jak i poza kościołem, po czym milkły aż do ”Gloria” w Wielką Sobotę. Milkły też organy. Po Mszy św. w procesji przenoszono Najśw. Sakrament do bocznego ołtarza, św. Michała, do t. z. „ciemnicy”.

Liturgia Wielkopiątkowa rozpoczynała się o godzinie 7-mej. Następowała adoracja Krzyża św., komunia św. a potem przeniesienie Najśw. Sakramentu do Grobu. Odtąd obywała się adoracja aż do rezurekcji przez całą noc z piątku na sobotę.  Nabożeństwo odbywało się, jak wszystkie zresztą, w języku łacińskim, niezrozumiałym dla wszystkich wiernych.

Warto tu jeszcze opisać wygląd Bożego Grobu. Był zresztą bardzo piękny. Urządzony był przy ołtarzu Matki Boskiej. Z naturalnej zieleni wyłaniała się malowana na czterech elementach dekoracyjnych. W głębi znajdowała się nisza grobowa, w której leżała figura Pana Jezusa. Nad niszą, na ołtarzu wśród malowanych obłoków monstrancja. W ukryciu, wśród zieleni umieszczano klatki ze śpiewającym ptaszkami. Przed Bożym Grobem ustawiano fontannę. Wystrój Bożego Grobu, cichy plusk fontanny i śpiew ptaków sprawiały niezwykły, modlitewny nastrój. Szczególnie w Wielką Sobotę, gdy umilkły całonocne śpiewy wielkopostne a w kościele zapanowała absolutna cisza.

W Wielki Piątek, po odśpiewaniu wszystkich trzech części Gorzkich Żalów ministranci urządzali szukanie i gonienie Judasza. Przygotowywali pochodnie i kije a tymczasem Judasz ukrył się. Szukano go na cmentarzu kościelnym, w ogrodzie plebańskim w różnych zakamarkach a gdy znaleziono go, uciekającego okładano symbolicznie kijami za jego zdradę. Judaszem zdrajcą był…kościelny Marian Sanocki.

W Wielki Piątek był zwyczaj na znak żałoby zasłaniać lustra. Przepisy postne były w ten dzień absolutnie przestrzegane, aż do przesady, n. p. nie można było jeść żadnego tłuszczu nawet masła, nie spożywano też mleka, a głównym pożywieniem były ziemniaki okraszone olejem konopnym oraz zupa z suszonych owoców.

W domach zachowywano powagę i skupienie, za śmiech dzieci były upominane.

Kolorem liturgicznym Wielkiego Piątku był kolor czarny, z wyjątkiem procesji do Bożego Grobu, w kolorze białym.

 

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w marcu 2013 roku

Reklamy

Obyczaje i zwyczaje  – Boże Narodzenie- wigilia

Z tymi świętami tak bardzo miłymi i rodzinnymi związanych było szereg zwyczajów i obrzędów. A więc przede wszystkim wigilia. Kobiety już od rana krzątały się około przygotowań wieczerzy, w ciągu dnia należało się tylko posilić byle czym, główny więc posiłek stanowiła właśnie wieczerza wigilijna. Kobiety starały się w tym dniu nie odwiedzać sąsiadów bowiem wierzono, że przybycie do kogoś w tym dniu kobiety jako pierwszego gościa w domu nie przynosiło szczęścia na cały rok. Natomiast gdy do domu przybył jako pierwszy w dzień wigilijny mężczyzna, przynosił on szczęście w najbliższym roku.

W licznych domach polskich kontynuowano odwieczny zwyczaj dzielenia się wieczerzą wigilijną z sąsiadami Rusinami. Posyłano więc potrawy wigilijne i pączki nazywane tam „pampuchy” poprzez dzieci, które chętnie to czyniły, gdyż otrzymywały po kilkadziesiąt groszy „na cukierki”. Zwyczaj ten utrzymał się aż do wyjazdu Polaków z tych terenów, mimo postępującej ukrainizacji Rusinów. Odwieczne sąsiedzkie więzi i dobre wzajemne stosunki zostały w Brzozdowcach w licznych wypadkach utrzymane.

Dziewczęta ubierały tymczasem choinkę nazywaną tam „drzewkiem”. Ojciec rodziny przygotowywał w stodole wielką wiązkę żytniej słomy, która nazywała się „dziadem”. Przygotowywał też wiązankę siana, którą nazywano „babą”. Część tego siana rozpościerano później na stole pod obrusem, resztę kładziono pod stół.

Z pogody w dzień wigilijny wróżono jaki będzie rok następny i związane z tym urodzaje. „Wilia pogodna i jasna- będzie stodoła ciasna”, wróżono. I odwrotnie, brzydka pogoda, mroczny dzień nie wróżył nic dobrego. Dodać tu należy, że pogodę na przyszłe miesiące roku wróżono także od św. Łucji (13 grudnia).

Wszyscy wypatrywali pierwszej gwiazdy. Czasem zajaśniała na wschodniej stronie nieba, czasem było pochmurno. Ale niezmiennie z nastaniem zmroku odzywał się wielki dzwon, który swym donośnym i wspaniałym głosem obwieszczał „święty wieczór” i jutrzejszy dzień Narodzenia Pańskiego. W tym momencie ojciec rodziny zapalał stojącą na stole wielką świecę przy uroczystym wygłoszeniu słów „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Następnie przynosił ze stodoły wiązankę słomy to jest „dziada’ i wiązankę siana, to jest „babę” oraz snopek owsa. Na moment przeniesienia czekali wszyscy domownicy. Ojciec rodziny pochwalił Pana Boga i następnie wyraził czułe życzenia świąteczne wszystkim domownikom. Tymczasem dzieci zajęły się rozścielaniem słomy w całej izbie, snopek owsa lokowano w kącie. Zapalano świeczki na choince, pilnie bacząc aby się nie zapaliło.

Kobiety kończyły przygotowania do wspólnej kolacji. Miały w ten dzień mnóstwo pracy ponieważ należało przygotować również i obiad na dzień następny, gdyż żadna szanująca się gospodyni nie odważyłaby się gotować w tak wielkie święto jak Boże Narodzenie. Szczególnie ważną czynnością było gotowanie pszenicy otartej z łuski oraz ucieranie maku. Razem z dodatkami jak miód, orzechy, rodzynki, składało się to wszystko na smakowitą kutię. W garnku gotowanej pszenicy tworzyła się skorupka rozgotowanych ziarenek. Należało tę skorupkę zdjąć i pokarmić nią ptaszki niech też wiedzą, że są święta. Dzieci zaś pilnowały ucierania maku i co chwila domagały się „degustacji”. Największą jednak łaską było otrzymanie do wylizania tak zwanego „makohonu”, to jest drewnianego tłuczka, którym sprawne ręce babci ucierały w „makutrze” (donicy) mak. Nie pomagało ostrzeżenie babci, że oblizywanie makohonu grozi łysieniem, kto by się tym przejmował gdy się ma kilka lat, starość daleko a mak taki słodki.

Gdy wszystko było gotowe, wszyscy domownicy gromadzili się odświętnie ubrani przy wspólnym stole. Rozpoczynały się modlitwy w intencji żywych i zmarłych członków rodziny, o zdrowie i pomyślność i wieczne odpoczywanie. Nastąpił uroczysty moment okadzania stołu. Dokonywała tego najstarsza osoba w rodzinie. Wśród stosownej modlitwy przy pomocy zaimprowizowanej kadzielnicy z kadzidłem w postaci jałowca i żywicy okadzano stół i znajdujące się przy stole osoby.

Ojciec rodziny brał do rąk leżący na stole opłatek i dzielił się ze wszystkimi obecnymi, ci zaś dzielili się między sobą. Składano sobie wzajemnie najlepsze życzenia, wśród ogólnej życzliwości i łez wzruszenia.

Na kolację wigilijną składały się takie potrawy: zupa grochowa lub barszcz postny z uszkami z grzybów, ryba smażona i w galarecie, gołąbki z tartych ziemniaków z kaszą, pierożki kapuściane i tak zwane ruskie, kapusta kiszona z grochem, grzybki smażone, kompot ze śliwek lub suszonych owoców, kutia, herbata, pączki na oleju, inne pieczywo.

Należy tu jeszcze dodać, że po podaniu kapusty z grochem następowało ponowne okadzanie co miało zapewnić zdrowie spożywającym oraz uwolnienie je w przyszłym roku od szkodników.

Przez cały czas wieczerzy śpiewano kolędy, z tego powodu wieczerza ta trwała dość długo. Po jej zakończeniu dzieci zaczęły baraszkować na rozrzuconej po podłodze słomie, naśladując przy tym głosy zwierząt domowych, co miało tym zwierzętom zapewnić zdrowy chów przez cały następny rok.

A tymczasem pojawiali się pierwsi kolędnicy. Grupy chłopców kolędowały pod oknami lub przychodzili do mieszkania z szopką, turoniem zwanym tam „kozą”, przebrani za Żydów, chłopów, itp. grupy kolędnicze.

Opłatkami, którymi się dzielono przy stole wigilijnym nie mogły pochodzić ze zwykłego kupna. Przynosił je już w adwencie organista i wręczał w obecności całej zgromadzonej rodziny głowie domu. Z wielkim namaszczeniem kładł wyjęte z koszyka paczki opłatków, kładł je na „bursie” (rodzaj koperty z tego samego materiału i koloru co ornat, która służyła do wkładania korporału) i wręczając mówił: „Niechaj Jezus Chrystus, którego pamiątkę narodzenia obchodzić będziemy pobłogosławi państwu szczęściem, zdrowiem długoletnim życiem, a po długoletnim życiu Królestwem niebieskim.  Czego życzę, winszuję – niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, wesołych świąt”.

Pan domu z wielką powagą przyjmował opłatki, kładł je na przygotowany już na stole talerz. Na te chwilę stół był nakryty białym obrusem. Potem dziękował panu organiście i wręczał mu datek.

Podczas okadzania potraw na stole wigilijnym osoba to czyniąca modliła się słowami: „Niechaj się wzniesie modlitwa moja jako dym kadzidła przed oblicze Twoje”.

Okadzanie kapusty z grochem, która po rybach i grzybach była pierwszą potrawą wytworzoną pracą rąk ludzkich, było wyrazem wielkiej czci dla ciężko pracujących na roli.

Również z wielką powagą przystępowano do spożywania kutii, która składała się głównie z pszenicy obrodzonej dzięki ciężkiej pracy rolnika. Gospodarz domu brał pierwszy na łyżkę nieco tej potrawy i wyrzucał ją do sufitu mówiąc: „daj Boże abyś dobrze rosła i obfity plon przynosiła”. Przyczepienie się kutii do sufitu wróżyło dobre zbiory.

Aby wywróżyć czy przyszły rok przyniesie dobre plony, wyciągano też spod obrusa źdźbła siana. Jeśli wyciągnięto długie źdźbło oznaczało to, że zbiory zbóż będą dobre, krótkie zaś wróżyły słabe zbiory.

Na stole wigilijnym na honorowym miejscu kładziono specjalnie upieczoną bułkę podłużną, która miała znamionować Dzieciątko.

Dbano też o to by bydełko było dobrze nakarmione, otrzymywało też symbolicznie coś z wigilijnego stołu.

Podczas wieczerzy wigilijnej zwracano uwagę aby przy stole siedziała parzysta liczba osób. Jeśli była nieparzysta dostawiano jedno więcej nakrycie. Nieparzysta liczba nie wróżyła dobrze, ktoś mógł do następnego roku ubyć. Po kolacji panny na wydaniu zbierały łyżki, wychodziły na próg domu i mocno nimi dzwoniły. Z której strony odezwał się pies z tej strony należało oczekiwać przyszłego męża.

Wieczór wigilijny spędzano w gronie najbliższej rodziny. Odwiedzin nie było. Rozmawiano, śpiewano  kolędy  a przed północą udawano się na pasterkę.

Już na długo przed dwunastą ze wszystkich stron ciągnęły tłumy wiernych do oświetlonego rzęsiście kościoła. Uroczystą pasterkę odprawiał zawsze proboszcz. Rozpoczynała ją niezmiennie od lat potężna kolęda „Bóg się rodzi”. Kazania nie było. Drugą stale śpiewaną kolędą była „Wśród nocnej ciszy”.

W wielu domach istniał zwyczaj świecenia świecy wigilijnej bez przerwy aż do rana. Zwracano przy tym uwagę aby nie zgasła, gdyby zaś zgasła byłoby to złą wróżbą na przyszłość, ktoś mógł ubyć do przyszłej wigilii.

 

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w grudniu 2012 roku

 

%d blogerów lubi to: