Okładka książki "Historia i losy miasteczka Brzozdowce"Nakładem krakowskiego Wydawnictwa Salwator ukazała się książka „Historia i losy miasteczka Brzozdowce”, której autorem jest Stanisław Horyń. Książka ma charakter historyczny i wspomnieniowy; jest bogato ilustrowana archiwalnymi fotografiami ze zbiorów potomków brzozdowieckiej społeczności. Autor nie tylko opracował dzieje miasteczka, zebrał wiele ciekawych i mniej znanych faktów, ale także włączył do książki relacje dawnych mieszkańców Brzozdowiec. W ten sposób połączył spojrzenie historyczne z osobistym ujęciem tematu, który wraz z upływem czasu i nieuchronnym odchodzeniem starszego pokolenia, staje się coraz bardziej odległy. Dlatego tak wartościowe są próby zatrzymania tego, co bez zanotowania i udokumentowania przepadłoby i zostało zapomniane.

Książkę można nabyć przez portal aukcyjny Allegro, wpisując do wyszukiwarki hasło „Brzozdowce”.

Reklamy

Kiedy w czerwcu 1944 roku wojska alianckie wylądowały we Francji i utworzyły drugi front, nadzieja wstąpiła w serca Polaków na rychłe wyzwolenie. O powodzenie drugiego frontu patriotyczni mieszkańcy Brzozdowiec i okolicy zamówili Mszę św., którą odprawił ks. mgr Stanisław Kozłowski, miejscowy katecheta i kapelan oddziału AK przy odsłoniętym na ten czas Cudownym Obrazem Pana Jezusa Miłosiernego. Przyszło bardzo dużo ludzi, mimo, że termin nie został publicznie ogłoszony ze zrozumiałych względów. Wiadomość o drugim froncie i Mszy św. o jego powodzenie przekazywały sobie wzajemnie zaufane osoby. A tymczasem stawało się jasne, że te tereny wcześniej zajmą wojska radzieckie. Spodziewano się, że w tym wypadku wojska radzieckie poskromią oddziały UPA i z tej strony nic Polakom nie będzie groziło. Nikt nie przypuszczał, że trzeba będzie opuścić rodzinne strony. Obawiano się także przebiegu walk frontowych. Niemcy się jednak wycofali, w ślad za nimi ciągnęły wojska radzieckie. Niemcy na tym terenie nie stawiali oporu. Ostrzeliwali tylko ogniem artyleryjskim szosę Chodorów – Rozdół, którą przemieszczały się wojska radzieckie. Pociski padały też na Brzozdowce, rannych zostało kilku. Wiele osób z okolicznych domów schroniło się w kościele na czas ostrzeliwania. W tym czasie pewnej nocy ktoś zawiesił biało-czerwoną flagę na budynku TSL-u, zdjętą natychmiast przez Ukraińców.

W okolicy kwaterowała i operowała grupa polsko-sowieckiej partyzantki Mikołaja Kunickiego pseudonim „Mucha”. W swoim pamiętniku pisze m. in.

„Oddział Partyzancki im. Stalina  Wieś Granki/Hranki – Kuty 2.X.1944r.

Rozkaz. Zgodnie z rozkazem generała majora Saburowa oddział przybył do rejonu rozpoznania /wzg.392/.

Wysłano w nocy grupę rozpoznawczą do wsi Granki – Kuty, która nawiązała kontakt z łącznikami banderowców, dostarczyli oni tyle żywności oddziałowi partyzanckiemu, że nie był w stanie jej zużyć.

W dniu 31.X.1944 r. wszyscy dowódcy i łącznicy zostali aresztowani, między innymi łącznik UPA, który pracował od 1925 roku. Aresztowanych w liczbie 47 ludzi skierowano do powiatu Chodorów.

Dowódca  Oddziału Partyzanckiego.”

Krótki ten i zwięzły rozkaz wymaga uzupełnienia wiadomościami. Partyzantka M. Kunickiego rozpoznała dobrze rozmieszczenie UPA, a przede wszystkim znała hasło i odzew jakimi posługiwali się w tym czasie banderowcy. Upowcy byli przekonani, że wyrządzają przysługę bratniej organizacji. Wszystkich aresztowanych trzymano w zabudowaniach dworskich Fundacji St. Hr. Skarbka. Jeden z aresztowanych nazwiskiem „Bryndzak”, widocznie poczuwający się do większej winy popełnił samobójstwo. Pozostałych oddano w ręce NKWD w Chodorowie.

Dowódca oddziału partyzanckiego M. Kunicki złożył wizytę proboszczowi parafii Brzozdowce Michałowi Kasprukowi, który opowiedział mu o zorganizowanej obronie Brzozdowiec. Opowiedział też o historii Cudownego Obrazu Pana Jezusa Ukrzyżowanego i wiarę oraz nadzieję jaką w nim pokładają mieszkańcy Brzozdowiec i okolicy. Odsłonił Cudowny Obraz, przed którym Kunicki chwilę się modlił.

Rozpoczął się pobór do wojska. Polaków wcielano do Polskiego Wojska walczącego przy boku Armii Radzieckiej. Zginął w walce o Berlin Józef Piątkowski z Hranek. Szereg naszych żołnierzy walczyło o Wał Pomorski.

Przystąpił do akcji NKWD. Rozpoczęły się poszukiwania członków Armii Krajowej. Za przynależność do AK aresztowano. Ogółem aresztowano 12 osób. Wśród nich dowódcę na okręg Brzozdowce Stanisława Kordala st. ogniomistrza, Antoniego Antonickiego, Jana Kozakiewicza, N. Szymańskiego, łączniczkę Emilię Rokaszewską. Wszystkich skazano na 10 lat obozu pracy.

Równocześnie prowadzono usilnie agitację na rzecz wyjazdu Polaków na Ziemie Zachodnie. Zaczęli napływać Ukraińcy wysiedlani przez władze polskie z terenów Bieszczad. Postanowiono wyjechać razem. Rusini wyrażali żal z powodu wyjazdu Polaków, czynili to szczerze, nie kryjąc łez. Dobytek zwożono do Chodorowa, gdzie miały być podstawione wagony. Proboszcz ksiądz Michał Kaspruk postanowił wyjechać razem z parafianami. Naczynia, szaty liturgiczne, chorągwie pomogli zabrać parafianie. Cudowny Obraz Pana Jezusa postanowiono zabrać ze sobą. „Niech Cudowny Pan Jezus poprowadzi nas do nieznanego celu. Wszak to największy skarb jaki wieziemy ze sobą”. Tak mówili i dodawali i „jeszcze Relikwie Krzyża Świętego”. Pod taką opieką szczęśliwie dotrzemy do nieznanego celu. Figurki i feretrony przekazano proboszczowi greko-katolickiej cerkwi. Klucze od kościoła otrzymał proboszcz ks. Hapij. Dzwon wielki przekazano cerkwi.

Wnet po wyjeździe Polaków zaczęły się wśród ludności legendy, a to że figurka Matki Boskiej płacze, że z zamkniętego kościoła dochodzą na zewnątrz głosy organów i śpiew. Wyjazd Polaków był wielkim wydarzeniem wprost wstrząsającym i to zarówno dla Polaków jak i Rusinów.

Gdy już wszyscy byli w Chodorowie zdjęto Cudowny Obraz i zawieziono do Chodorowa. Zdjęcia tego najcenniejszego skarbu, jaki posiadało miasteczko dokonał Bronisław Rokaszewski, który był  bardzo tym przejęty i dokonał tego z największą czcią i szacunkiem, świadom historyczności chwili. Dwieście lat odbierał tu cześć zarówno od strony Polaków jak i Rusinów, obdarowywał łaskami zarówno jednych jak i drugich.

W październiku 1945 roku podstawiono nareszcie wagony dwóch pociągów, do których załadowali się Polacy z Brzozdowiec, Hranek i Krasnej Góry. Wielu „pasażerów” tego pociągu już nie żyje, wielu o tym koszmarnym wydarzeniu zapomniało.

Jedna z uczestniczek tego transportu zapisała na ten temat, pani Zofia Kordalowa tak opisuje:

„Co do wyjazdu tyle pamiętam, że wyjeżdżaliśmy 19 października 1945 roku. Bardzo długo czekaliśmy na wagony, otrzymaliśmy odkryte, dopiero w Łabędach przenieśli nas do krytych. Konwojentem naszym był ksiądz Kaspruk, ojciec mój był jego prawą ręką /Franciszek Berezowski/.

Kroczyliśmy wolno razem z Cudownym Obrazem z Brzozdowiec tak jak na Golgotę. Dojechaliśmy do Golczewa, bo dalej nie było torów, kilka rodzin t.j. kombatantów mieli gospodarstwa zajęte bo walczyli na tych terenach, inni musieli dopiero szukać. Będę długo pamiętała ten dzień, była to wigilia, deszczowy dzień, wozem woziliśmy swój dobytek do Trzebieszowa, gdzie ojca do siebie zabrał sekretarz. Długo tam nie byliśmy, w kwietniu 1946 roku byliśmy już w Kamieniu.”

Ks. Kanonik Michał Kaspruk od władz kościelnych otrzymał skierowanie do katedry w Kamieniu Pomorskim, gdzie w głównym ołtarzu umieścił Cudowny Obraz. Z czasem Obraz ten został przeniesiony do kaplicy, zwanej odtąd Kaplicą Brzozdowiecką.

Początkowy zamysł był aby wybrać na osiedlenie miejscowość podobną do Brzozdowiec i tam stworzyć nowe Brzozdowce. Przedstawiciele PURU oferowali po drodze te lub inne miejscowości, brzozdowianom żadna jednak nie odpowiadała. Grupa byłych żołnierzy z Franciszkiem Kotem na czele dążyła do osiedlenia się na Pomorzu Zachodnim. Po drodze jednak przez całą Polskę wiele rodzin wysiadało. Grupy przesiedleńców wysiadały już w Rzeszowie, Krakowie, Bielsku-Białej, dość spora grupa w Gliwicach-Łabędach, w Opolu i okolicy, koło Jeleniej Góry, Żagania, Kołobrzegu, Gdańsku i okolicy. Najliczniejsza jednak grupa w Kamieniu i okolicy. Ksiądz proboszcz Michał Kaspruk zawiesił Cudowny Obraz Pana Jezusa Brzozdowieckiego w Katedrze Kamieńskiej, gdzie odbiera cześć i obdarza łaskami dawnych i nowych parafian.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,   w styczniu 2014 roku

W Wielką Sobotę nabożeństwo rozpoczynało się już o godz. 6-tej. Oprócz wody chrzcielnej poświęcano też zwykłą wodę, którą wierni przynosili ze sobą a następnie zabierali do domów. Święcenie pokarmów odbywało się bezpośrednio po Mszy św. w sposób bardzo uroczysty. Wierni ustawiali się w dwuszeregu na cmentarzu kościelnym z wielkimi koszami, w których znajdowały się szynki, kiełbasy, baranki, babki, jajka, chrzan, sól, masło. Z kościoła wychodziła procesja z chorągwiami, ksiądz proboszcz przechodził środkiem i poświęcał a następnie w krótkim przemówieniu życzył wszystkim wesołych świąt.

W innych miejscowościach należących do parafii święcenia odbywały się w szkołach i kaplicach.

W Wielką Sobotę obowiązywał post wg przepisów kościelnych do godz. 12. W praktyce zachowywano post przez całą sobotę.

W czasie Mszy św. Wielkosobotniej na „Gloria” uderzały wszystkie dzwony w kościele i na zewnątrz a śpiewane przez celebransa trzykrotne „Alleluja” wprowadzały podniosły, radosny nastrój.

Podniosły obrzęd „Rezurekcji” odbywał się o godzinie 18.30. Celebrans wraz z asystą kawalerów ubranych w komże i ze świecami oraz innymi kawalerami niosącymi krzyż przepasany czerwoną stułą, figurę Pana Jezusa Zmartwychwstałego i paschał, oraz ministrantami w milczeniu udawał się do Bożego Grobu. Po krótkiej, cichej modlitwie chór rozpoczynał pieśń „Gloria Tibi Trinitas”. Potem następowały psalmy przepisane liturgią, po łacinie. Następowała modlitwa „Ojcze nasz” i jeszcze okolicznościowa modlitwa po łacinie. Celebrans podnosił monstrancję z Najświętszym Sakramentem i intonował „Wesoły nam dziś dzień nastał”. W tym momencie uderzały wszystkie dzwony. Rozlegały się salwy moździerzowe. Procesja ruszała aby trzykrotnie okrążyć kościół.

Strzelanie z moździerzy w poranek wielkanocny 1934.  Po procesji celebrans ujmował krzyż przepasany czerwoną stułą i trzykrotnie, coraz to wyżej, śpiewał po łacinie „ Zmartwychwstał Pan z Grobu”. Odpowiadano po łacinie: „który za nas zawisnął na Krzyżu. Alleluja”. Trzykrotna salwa moździerzowa wstrząsała kościołem. Następowała jutrznia wielkanocna, śpiewana po łacinie. Na zakończenie tej wspaniałej uroczystości śpiewano „Te Deum Laudamus” i Regina celi, po łacinie.

W Rezurekcji uczestniczyły tłumy wiernych, których kościół nie mógł pomieścić. Straż przy Bożym Grobie pełnili członkowie miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej.

W Niedzielę Wielkanocną o świcie, gdy rozlegał się dzwon na Anioł Pański wstrząsały miasteczkiem wystrzały moździerzowe a z kopuły kościelnej rozlegały się pieśni wielkanocne grane przez orkiestrę Karola Łabuza.

Po porannej Mszy św. we wszystkich rodzinach odbywało się uroczyste śniadanie. Na początek dzielono się święconym jajkiem składając sobie najlepsze życzenia. W ten dzień nie gotowano obiadu. Zajadano potrawy sporządzone w dniu poprzednim. Skorupki ze święconych jaj nie wolno było wyrzucać do śmieci lecz wysypywano je do ogródka lub na grządki aby kwiaty i jarzyny dobrze rozwijały się.

Oblewanie się wodą znane było pod nazwą „śmigus”. Odbywało się jednak nie w drugi dzień świąt, lecz we wtorek. Śmigus został przeniesiony na dzień powszedni ze względów praktycznych. Chodziło o to, że w święta ludzie chodzili w świątecznych strojach, które łatwo było zniszczyć. Na apel jednego z proboszczów zwyczaj oblewania przeniesiono zatem na dzień powszedni.

Trzeba jeszcze zaznaczyć, że w Brzozdowcach,  jak zresztą na całym terenie wschodniej Polski, istniał zwyczaj pozdrawiania się w okresie Świąt Wielkanocnych, począwszy od rezurekcji, słowami „Chrystus zmartwychwstał”, pozdrowiony odpowiadał „prawdziwie że powstał’. To pozdrowienie przyjęte zostało od Kościołów wschodnich.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w marcu 2013 roku

Początków  sportu należy szukać w latach dwudziestych. Pojawiła się wtedy gra zwana „kiczką”. Zabawiali się nią chłopcy pasący krowy na pastwisku zwanym Malechówka. Do tej gry używano klocka drewnianego i takiegoż kija. Klocek kładziono do dołka, podbijało się go a następnie jak najmocniej należało uderzyć kijem aby klocek poleciał jak najdalej. Wygrywał ten, który najdalej wybił klocek. W drugiej połowie lat dwudziestych pokazała się piłka nożna. Przywieźli ją gimnazjaliści ze Lwowa. Boiskami były przydomowe podwórka.

           Prawdziwy rozwój sportu w Brzozdowcach nastąpił w latach trzydziestych z chwilą zorganizowania Oddziału Związku Strzeleckiego. W Związku tym powstała sekcja sportowa, która przemieniła się w klub sportowy pod nazwą Brzozdowiecki Klub Sportowy Strzelec. Klub przybrał barwy biało-zielone. Delegacja młodzieży udała się do wójta gminy z prośbą o zezwolenie na prowadzenie treningów i spotkań na pastwisku zwanym „Stawisko”. Młodzież sama uporządkowała teren, ustawiła bramki, wyznaczyła linie. Powstała sekcja piłki nożnej i sekcja siatkówki. Próbowano stworzyć sekcje kobiece ale jakoś dziewczęta nie kwapiły się do sportu.

           Kapitanem klubu został Jan Burlikowski. W drużynie grali: Jan Burlikowski, Stanisław Wesołowski, Józef Zagórski, Karol Łabuz, Julian Ukraiński, Stanisław Kłosowski, Karol Mroczkowski, Stanisław Mroczkowski, Bronisław Rokaszewski, Marian Malec, Edward Suchorowski. W bramce grali: Michał Somyk i N. Kozakiewicz. Było jeszcze kilku graczy, których nazwisk nie pamiętam. Największe ożywienie w sporcie miało miejsce w czasie wakacji, gdy do Brzozdowiec przyjeżdżali uczniowie szkół średnich lub pracujący na urlopy. Stanowiliśmy wtedy silny zespół, z którym okoliczne zespoły nie mogły sobie poradzić.

Karol Mroczkowski

 Pierwszy mecz z zespołem z miasteczka Rozdół przegraliśmy 1:7. Oni wyszli w strojach piłkarskich, nasi grali w długich spodniach i białych koszulkach, w świątecznych półbutach. Niejedna podeszwa wtedy odleciała. W kilka miesięcy później, już w krótkich spodenkach i lepiej dobranych butach, chociaż jeszcze nie piłkarskich, pokonaliśmy Rozdół też 7:1. Kilkakrotnie potem graliśmy z Rozdołem, zawsze zwycięsko.

Piłkarskie kontakty utrzymywaliśmy także z Polonią z Mikołajowa. Pierwszy mecz był u nich. Zremisowaliśmy tam 0:0, u nas mecz był wygrany 3:1. Graliśmy ze Strzelcem z powiatowego miasta Żydaczów. Na ich boisku w bardzo osłabionym składzie przegraliśmy 1:7, u nas zremisowaliśmy 1:1. Graliśmy z reprezentacją Borynicz, wygrana 5:0. W tym stosunku wygraliśmy z miejscową drużyną ukraińską, Hortywną.Obrazek

Występy naszego zespołu cieszyły się dużym zainteresowaniem mieszkańców miasteczka. Na mecze przychodziło stosunkowo dużo ludzi. Wstęp płaciło się 10 gr, początkowo nawet był darmowy. Klub nie miał żadnych funduszów. Pierwszą piłkę kupiono z dobrowolnych składek zawodników.

Obrazek

Wszystkie miejscowe mecze sędziował honorowo student Politechniki Lwowskiej Feliks Bilicki, który mimo iż był miejscowy, sędziował zawsze bardzo obiektywnie.

         Sekcja piłki siatkowej nie utrzymywała żadnych kontaktów z innym drużynami: poza jednym wyjątkiem. Grała z reprezentacją 6 pułku artylerii przeciwlotniczej ze Lwowa. Przegrali, ale mecz stał na bardzo wysokim poziomie.

          Mecze BKS Strzelec były w Brzozdowcach wielką niedzielną atrakcją, gra w piłkę nożną była dla młodzieży przyjemną i pożyteczną rozrywką. Wojna przerwała wszelką działalność sportową. Uważano, że wszelkie publiczne wystąpienia są nie na miejscu.          Wielu piłkarzy należało do AK. Niektórzy walczyli na froncie. Wspomnieć tu należy o Stanisławie Marciniaku, miejscowym nauczycielu szkoły powszechnej, podporuczniku rezerwy, piłkarzu Strzelca, który walczył z Niemcami pod Lwowem. Aresztowany przez NKWD, więziony w Kozielsku, znalazł śmierć w Katyniu.

           Jak popularną była w Brzozdowcach piłka nożna może świadczyć piosenka o Brzozdowcach, którą tam ułożono a w której jako refren powtarzał się wiersz:

                            Bo boisko na Stawisku

                           To jest jednak klawa rzecz

                           Tam se kopniesz futbalisko

                           Tam zobaczysz prima mecz.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,    w styczniu 2013 roku.

Fotografie  ze zbiorów Barbary Suchorowskiej-Włodarczyk (fot. 1 – Karol Mroczkowski) i Marzeny Wysmyk (fot 2, 3).

Ze wspomnień Jana Burlikowskiego – Poczta w Brzozdowcach

W chwili wybuchu wojny światowej (drugiej)  istniał w Brzozdowcach Urząd Pocztowo-telegraficzny w budynku Towarzystwa Szkoły Ludowej. Poczmistrzem była Maria Łotocka. Urząd ten miał ogromny zasięg terytorialny. Najbliższe urzędy znajdowały się w Rozdole (7 km), Żydaczowie ( 9 km), Boryniczach (7 km), Chodorowie (16 km).   Poczta była przewożona ze stacji kolejowej w Boryniczach furmanką do Brzozdowiec i tu rozdzielana na poszczególne miejscowości. Zadziwiała punktualność kursowania poczty. Przesyłka wrzucona we Lwowie jednego dnia, na drugi docierała do rąk adresata.

Długoletnim listonoszem był Rusin nazwiskiem Korecki, ceniony za swą sumienność i uczciwość. W okresie międzywojennym kierowniczką Urzędu była m. i. Katarzyna Kłosowska.

Kiedy w tej formie powstał ten Urząd trudno dziś powiedzieć. Zapewne jeszcze w XIX wieku. W każdym razie w roku 1901 już istniał. Jak podano w Schematyźmie Galicyjskim z tego roku w Brzozdowcach istnieje Urząd Pocztowo-telegraficzny a poczmistrzem jest Alojza Ferus. W 1909 poczmistrzem w Brzozdowcach jest Józef Wędziłowicz.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski     –      w grudniu 2012 roku

Obyczaje i zwyczaje  – Boże Narodzenie- wigilia

Z tymi świętami tak bardzo miłymi i rodzinnymi związanych było szereg zwyczajów i obrzędów. A więc przede wszystkim wigilia. Kobiety już od rana krzątały się około przygotowań wieczerzy, w ciągu dnia należało się tylko posilić byle czym, główny więc posiłek stanowiła właśnie wieczerza wigilijna. Kobiety starały się w tym dniu nie odwiedzać sąsiadów bowiem wierzono, że przybycie do kogoś w tym dniu kobiety jako pierwszego gościa w domu nie przynosiło szczęścia na cały rok. Natomiast gdy do domu przybył jako pierwszy w dzień wigilijny mężczyzna, przynosił on szczęście w najbliższym roku.

W licznych domach polskich kontynuowano odwieczny zwyczaj dzielenia się wieczerzą wigilijną z sąsiadami Rusinami. Posyłano więc potrawy wigilijne i pączki nazywane tam „pampuchy” poprzez dzieci, które chętnie to czyniły, gdyż otrzymywały po kilkadziesiąt groszy „na cukierki”. Zwyczaj ten utrzymał się aż do wyjazdu Polaków z tych terenów, mimo postępującej ukrainizacji Rusinów. Odwieczne sąsiedzkie więzi i dobre wzajemne stosunki zostały w Brzozdowcach w licznych wypadkach utrzymane.

Dziewczęta ubierały tymczasem choinkę nazywaną tam „drzewkiem”. Ojciec rodziny przygotowywał w stodole wielką wiązkę żytniej słomy, która nazywała się „dziadem”. Przygotowywał też wiązankę siana, którą nazywano „babą”. Część tego siana rozpościerano później na stole pod obrusem, resztę kładziono pod stół.

Z pogody w dzień wigilijny wróżono jaki będzie rok następny i związane z tym urodzaje. „Wilia pogodna i jasna- będzie stodoła ciasna”, wróżono. I odwrotnie, brzydka pogoda, mroczny dzień nie wróżył nic dobrego. Dodać tu należy, że pogodę na przyszłe miesiące roku wróżono także od św. Łucji (13 grudnia).

Wszyscy wypatrywali pierwszej gwiazdy. Czasem zajaśniała na wschodniej stronie nieba, czasem było pochmurno. Ale niezmiennie z nastaniem zmroku odzywał się wielki dzwon, który swym donośnym i wspaniałym głosem obwieszczał „święty wieczór” i jutrzejszy dzień Narodzenia Pańskiego. W tym momencie ojciec rodziny zapalał stojącą na stole wielką świecę przy uroczystym wygłoszeniu słów „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Następnie przynosił ze stodoły wiązankę słomy to jest „dziada’ i wiązankę siana, to jest „babę” oraz snopek owsa. Na moment przeniesienia czekali wszyscy domownicy. Ojciec rodziny pochwalił Pana Boga i następnie wyraził czułe życzenia świąteczne wszystkim domownikom. Tymczasem dzieci zajęły się rozścielaniem słomy w całej izbie, snopek owsa lokowano w kącie. Zapalano świeczki na choince, pilnie bacząc aby się nie zapaliło.

Kobiety kończyły przygotowania do wspólnej kolacji. Miały w ten dzień mnóstwo pracy ponieważ należało przygotować również i obiad na dzień następny, gdyż żadna szanująca się gospodyni nie odważyłaby się gotować w tak wielkie święto jak Boże Narodzenie. Szczególnie ważną czynnością było gotowanie pszenicy otartej z łuski oraz ucieranie maku. Razem z dodatkami jak miód, orzechy, rodzynki, składało się to wszystko na smakowitą kutię. W garnku gotowanej pszenicy tworzyła się skorupka rozgotowanych ziarenek. Należało tę skorupkę zdjąć i pokarmić nią ptaszki niech też wiedzą, że są święta. Dzieci zaś pilnowały ucierania maku i co chwila domagały się „degustacji”. Największą jednak łaską było otrzymanie do wylizania tak zwanego „makohonu”, to jest drewnianego tłuczka, którym sprawne ręce babci ucierały w „makutrze” (donicy) mak. Nie pomagało ostrzeżenie babci, że oblizywanie makohonu grozi łysieniem, kto by się tym przejmował gdy się ma kilka lat, starość daleko a mak taki słodki.

Gdy wszystko było gotowe, wszyscy domownicy gromadzili się odświętnie ubrani przy wspólnym stole. Rozpoczynały się modlitwy w intencji żywych i zmarłych członków rodziny, o zdrowie i pomyślność i wieczne odpoczywanie. Nastąpił uroczysty moment okadzania stołu. Dokonywała tego najstarsza osoba w rodzinie. Wśród stosownej modlitwy przy pomocy zaimprowizowanej kadzielnicy z kadzidłem w postaci jałowca i żywicy okadzano stół i znajdujące się przy stole osoby.

Ojciec rodziny brał do rąk leżący na stole opłatek i dzielił się ze wszystkimi obecnymi, ci zaś dzielili się między sobą. Składano sobie wzajemnie najlepsze życzenia, wśród ogólnej życzliwości i łez wzruszenia.

Na kolację wigilijną składały się takie potrawy: zupa grochowa lub barszcz postny z uszkami z grzybów, ryba smażona i w galarecie, gołąbki z tartych ziemniaków z kaszą, pierożki kapuściane i tak zwane ruskie, kapusta kiszona z grochem, grzybki smażone, kompot ze śliwek lub suszonych owoców, kutia, herbata, pączki na oleju, inne pieczywo.

Należy tu jeszcze dodać, że po podaniu kapusty z grochem następowało ponowne okadzanie co miało zapewnić zdrowie spożywającym oraz uwolnienie je w przyszłym roku od szkodników.

Przez cały czas wieczerzy śpiewano kolędy, z tego powodu wieczerza ta trwała dość długo. Po jej zakończeniu dzieci zaczęły baraszkować na rozrzuconej po podłodze słomie, naśladując przy tym głosy zwierząt domowych, co miało tym zwierzętom zapewnić zdrowy chów przez cały następny rok.

A tymczasem pojawiali się pierwsi kolędnicy. Grupy chłopców kolędowały pod oknami lub przychodzili do mieszkania z szopką, turoniem zwanym tam „kozą”, przebrani za Żydów, chłopów, itp. grupy kolędnicze.

Opłatkami, którymi się dzielono przy stole wigilijnym nie mogły pochodzić ze zwykłego kupna. Przynosił je już w adwencie organista i wręczał w obecności całej zgromadzonej rodziny głowie domu. Z wielkim namaszczeniem kładł wyjęte z koszyka paczki opłatków, kładł je na „bursie” (rodzaj koperty z tego samego materiału i koloru co ornat, która służyła do wkładania korporału) i wręczając mówił: „Niechaj Jezus Chrystus, którego pamiątkę narodzenia obchodzić będziemy pobłogosławi państwu szczęściem, zdrowiem długoletnim życiem, a po długoletnim życiu Królestwem niebieskim.  Czego życzę, winszuję – niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, wesołych świąt”.

Pan domu z wielką powagą przyjmował opłatki, kładł je na przygotowany już na stole talerz. Na te chwilę stół był nakryty białym obrusem. Potem dziękował panu organiście i wręczał mu datek.

Podczas okadzania potraw na stole wigilijnym osoba to czyniąca modliła się słowami: „Niechaj się wzniesie modlitwa moja jako dym kadzidła przed oblicze Twoje”.

Okadzanie kapusty z grochem, która po rybach i grzybach była pierwszą potrawą wytworzoną pracą rąk ludzkich, było wyrazem wielkiej czci dla ciężko pracujących na roli.

Również z wielką powagą przystępowano do spożywania kutii, która składała się głównie z pszenicy obrodzonej dzięki ciężkiej pracy rolnika. Gospodarz domu brał pierwszy na łyżkę nieco tej potrawy i wyrzucał ją do sufitu mówiąc: „daj Boże abyś dobrze rosła i obfity plon przynosiła”. Przyczepienie się kutii do sufitu wróżyło dobre zbiory.

Aby wywróżyć czy przyszły rok przyniesie dobre plony, wyciągano też spod obrusa źdźbła siana. Jeśli wyciągnięto długie źdźbło oznaczało to, że zbiory zbóż będą dobre, krótkie zaś wróżyły słabe zbiory.

Na stole wigilijnym na honorowym miejscu kładziono specjalnie upieczoną bułkę podłużną, która miała znamionować Dzieciątko.

Dbano też o to by bydełko było dobrze nakarmione, otrzymywało też symbolicznie coś z wigilijnego stołu.

Podczas wieczerzy wigilijnej zwracano uwagę aby przy stole siedziała parzysta liczba osób. Jeśli była nieparzysta dostawiano jedno więcej nakrycie. Nieparzysta liczba nie wróżyła dobrze, ktoś mógł do następnego roku ubyć. Po kolacji panny na wydaniu zbierały łyżki, wychodziły na próg domu i mocno nimi dzwoniły. Z której strony odezwał się pies z tej strony należało oczekiwać przyszłego męża.

Wieczór wigilijny spędzano w gronie najbliższej rodziny. Odwiedzin nie było. Rozmawiano, śpiewano  kolędy  a przed północą udawano się na pasterkę.

Już na długo przed dwunastą ze wszystkich stron ciągnęły tłumy wiernych do oświetlonego rzęsiście kościoła. Uroczystą pasterkę odprawiał zawsze proboszcz. Rozpoczynała ją niezmiennie od lat potężna kolęda „Bóg się rodzi”. Kazania nie było. Drugą stale śpiewaną kolędą była „Wśród nocnej ciszy”.

W wielu domach istniał zwyczaj świecenia świecy wigilijnej bez przerwy aż do rana. Zwracano przy tym uwagę aby nie zgasła, gdyby zaś zgasła byłoby to złą wróżbą na przyszłość, ktoś mógł ubyć do przyszłej wigilii.

 

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w grudniu 2012 roku

 

Ze wspomnień Jana Burlikowskiego   – Obyczaje i zwyczaje  – adwent

W tym okresie należało uczęszczać do kościoła na „roraty”. Odbywały się one niezmiennie o godzinie 6-tej rano. W bardzo wielu domach nie było zegarów, orientowano się więc w czasie odgłosem dzwonów. Gorzej było w odległych domach, dokąd głos dzwonów nie dochodził. Wstawano więc na pierwsze pianie kogutów. Zaglądano przez okna czy u sąsiadów już świecą i tym też się kierowano. Najgorzej pod tym względem było w miejscowości Krasna Góra, czysto polskiej, odległej kilka kilometrów od kościoła. Położona wśród pól nie miała wyraźnej drogi do Brzozdowiec. Należało więc iść na przełaj. A tu głęboka jeszcze noc pola zasypane śniegiem. Zdarzało się więc często, że ludzie błądzili i zamiast do Brzozdowiec zachodzili do odległych Podniestrzan.

W tym czasie wypadało świętego Andrzeja. I w Brzozdowcach znane były „andrzejkowe wróżby”. Oto niektóre, kontynuowane aż do wyjazdu na Ziemie Zachodnie:

– liczenie kołków w płocie – robiły to dziewczęta wypowiadając przy tym: wydam się, nie wydam się (za mąż). Ostatni kołek w płocie wykazywał, czy dziewczyna w tym roku wyjdzie za mąż czy nie. Psotni chłopcy wcześniej smarowali kołki czarną mazią i nie jedna poplamiła sobie rączki, ku wielkiej radości ukrytych chłopców.

– dziewczęta wcześniej piekły „kołaczyki” ( małe bułeczki), układały je na podłodze i przyprowadzały psa, pies obwąchiwał i czyją pierwszą chwycił ta dziewczyna niewątpliwie pierwsza wychodziła za mąż.

– dziewczęta od stołu w kierunku drzwi układały swoje buciki, który pierwszy bucik wyszedł za drzwi, ta pierwsza wychodziła za  mąż.

– wypisywały na karteczkach imiona kawalerów, karteczki te wkładały pod poduszkę a rano w dzień św. Andrzeja wyciągały jedną kartkę. Tam było imię tego, za którego wyjdzie w tym roku za mąż.

Pod trzy talerze wkładano różaniec, obrączkę lub chusteczkę. Dziewczęta odkrywały talerze: jeśli była obrączka, to dobrze, dziewczyna miała zapewnione zamążpójście w tym roku, różaniec wskazywał na  to, że w najbliższym czasie za mąż nie wyjdzie a nawet grozi jej staropanieństwo. Najgorzej było z tą, która podniesie talerz z chusteczką. Oznaczało to, że będzie miała do czynienia z pieluszkami.

Bardzo rozpowszechniony był zwyczaj wylewania wosku topionego. Odbywało się to w obecności chłopców wśród wesołej zabawy. Wróżono z fantastycznych figur jakie z tego powstawały a znaczyła tu wiele wyobraźnia bawiących się.

Gdy wszystkie wróżby były niekorzystne, dziewczęta chwytały się jeszcze jednej niezawodnej. Ubierały spódnice specjalne, zwane „dymkami” wychodziły na próg domu i wołały w języku ruskim, aby wróżba była pewniejsza „Andriju, Andriju, ja dymku pidnoszu, widawaty sia choczu”. Dymka to była spódnica z lnianego płótna bielonego, wyrabianego sposobem domowym. Na tym płótnie „dymarz”-żyd odciskał z drewnianej formy przy pomocy farby rozmaite wycięte tam wzory. Takie spódnice były jeszcze w użyciu w czasie pierwszej wojny światowej i krótko po niej- wyparły je później materiały fabrycznej roboty.

Jeśli św. Andrzej wypadał przed adwentem odbywała się w sali TSL ochocza zabawa taneczna, w czasie której wypróbowywano niektóre z opisanych wyżej wróżb.

W tych wróżbach przewijało się wyraźnie pragnienie wyjścia za mąż. Nic dziwnego, w tym dziewczyna pozbawiona wykształcenia i zawodu oraz możliwości pracy zarobkowej upatrywała jedyną swoją karierę.

W okresie adwentu przygotowywano się do świąt Bożego Narodzenia. W sali TSL ćwiczył chór kolędy, na scenie odbywały się próby jasełek, chłopcy przygotowywali rekwizyty i maski do przebierania się „po kolędzie”.

Dziewczęta robiły z bibułki kolorowej, koralików itp. ozdoby choinkowe a ze słomki misterne pająki, kwiaty sztuczne dla ozdoby obrazów i mieszkania.

Chłopcy przynosili dziewczętom choinki, niektóre dziewczyny otrzymywały ich po kilka co świadczyło najlepiej o jej popularności.

Sąsiadki omawiały sprawę pieczenia ciast świątecznych, gotowania potraw, wymieniały między sobą wiktuały co której brakowało a bywało, że bogatsi gospodarze biedniejszym przysyłali potrzebne im produkty.

Wiele radości dzieciom a także starszym przynosił św. Mikołaj. Pomijam wszędzie występujący zwyczaj podkładania pod poduszkę prezentów dzieciom a także starszym, ale wspomnę o imprezie publicznej urządzanej z tej okazji w sali domu ludowego. Organizowano wtedy przedstawienie o św. Mikołaju granym przez dzieci. Na zakończenie przedstawienia wkraczał na scenę św. Mikołaj w gronie aniołków i strasznych diabłów. Ci psocili niezgorzej a niejedno dziecko ze strachu popłakało się. Mikołaj rozdawał upominki. Było przy tym wiele radości i śmiechu. Ks. katecheta Wojtanowski namiętny palacz otrzymywał rózgę obwieszoną papierosami, któraś z panienek otrzymała miotłę a innej z rozwiniętego opakowania wypadła mysz. Ktoś inny otrzymał nowy nocnik, do którego wlano piwo i włożono kiełbaski. Tak było na początku, później aby uniknąć podobnych „podarków”, przyjmowano tylko takie, które nie budziły zastrzeżeń.”

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w grudniu 2012 roku

Zamieszczam fragment wspomnień Katarzyny z Dąbrowskich Berezowskiej (1919-2002) poświęconych wydarzeniom września 1939 w Brzozdowcach. Pisownia oryginalna.

Pierwszego września wywiesili pod kościołem plakat mobilizacyjny. Mężczyźni do lat chyba pięćdziesięciu z białymi kartami mobilizacyjnymi stawią się w swoich jednostkach w pierwszym dniu, z niebieskimi w drugim dniu a z czerwonymi w trzecim dniu. Józek [Berezowski, mąż – przyp. EW] miał białą kartę. Służył w wojsku w Dubnie, ale kartę miał wystawioną do Stanisławowa. Dziewiętnasty Pułk Piechoty Legionów – Dubno. Przyjechał wieczorem z Gródka Jagiellońskiego i zaraz wcześnie rano miał pociąg do Stanisławowa. Ubranie cywilne przysłał pocztą do domu. Wrócił pod koniec września, piechotą, gdzieś od Przemyśla. Umęczony strasznie, wygłodzony. W nocy zrywał się, krzyczał. Żadna kuchnia polowa do nich nie przyjechała, ani nawet żadne suchary, czy chleb. Żywili się surowymi liśćmi kapusty i głąbami kapuścianymi, karpielami, które były jeszcze na polu. Samoloty rzucały bomby. Byli zabici i ranni odłamkami. Samoloty latały nisko. Ustawiali się na skraju lasu, szeregiem i z karabinów strzelali do samolotu. To nic nie dało. Kilka razy szykowali się do szturmu, ale nigdy nie doszło. Takie czekanie na wroga z bagnetem jest bardzo stresujące, robi na człowieku kolosalne wrażenie. Czuli, że są otoczeni, żyli nerwami. Niewyspani, głodni, niemieckie wojska wkoło. Robili kilkanaście razy wypady, które przynosiły tylko straty w ludziach. Niemcy podzielili Polskę na takie „trójkąty”. Tak, że okrążali nasze wojska z łatwością. Nic nie wiedzieli o Ruskich. My też nie wiedzieliśmy. Tylko kolejarze, którzy wracali ze wschodniej granicy mówili, że jakieś wojsko (nie Niemcy) wyładowuje się na wschodzie. Myśleliśmy, ze to Francuzi idą nam na pomoc. W końcu jakby wojna ucichła. Przyszli Ruscy. Józek z innymi został rozbrojony, wzięli mu jeszcze brzytwę i szeroki pas wojskowy i prowadzili na wschód. W pewnym momencie rozwiązał mu się but. Przystanął żeby go zawiązać. Był mały pagórek. Zobaczył, że wojsko poszło, nikt go nie widzi. Poszedł w drugą stronę w kierunku Lwowa i doszedł do Chlebowic do naszych znajomych. Tam odpoczął, wyleczył zbolałe nogi. Spotkał kilku żołnierzy, którzy też szli do domu. Tutaj było trochę spokojniej, chociaż Ukraińcy łapali wracających, zabierali im broń. Widzieliśmy kilka trupów płynących Dniestrem.

Ci, którzy mieli stawić się w trzecim dniu mobilizacji powracali się do domu, bo już nie było komu żeby ich przyjąć, dać im mundury i broń. Niemcy postarali się zrobić taki bałagan, tymi bombami. Lwów długo się bronił, ale jak już przyszli Ruscy, to masowo rozbrajali. Nie było rozkazu bić się z Ruskimi. Jak Józek pojechał do Stanisławowa i mężczyźni z białymi kartami wybierali się do pociągów do Lwowa, radio jeszcze pocieszało, że nie dojdzie do wojny. Poszłam do koleżanki, ona miała lampowe radio i mieszkał u niej policjant. Było nas kilka. Ona poszła do pokoju posłuchać dziennika. Wyszła i mówi głośno. Mamy wojnę. Bombardują inne miasta i Częstochowę. Usłyszał to policjant i zaczął na nią krzyczeć, co ona wygaduje, że ją zamknie. Ona mówi, że słyszała w radiu. Mówi mu, niech pan radio zamknie. No i zaraz na drugi dzień zaczęli „ciągnąć” młodzi mężczyźni wszystkimi drogami, do Rumunii. Polskie kobiety piekły chleb i wynosiły w bańkach mleko. Dawali każdemu chleb, mleko pili, nalewali sobie do butelek. Było ich tak dużo. Ludzie jeden chleb piekli a drugi przygotowywali. To znaczy nie jeden chleb, ale tyle ile mieściło się w piecu. Od zachodniej granicy wszyscy, którzy nie dostali się do wojska jechali rowerami albo na piechotę. Dołączali do nich nasi. Czternastego września było u nas święto parafialne,  Podwyższenie Krzyża Świętego. Przed wojna przychodziły do nas pielgrzymki z pobliskich i dalszych wsi, procesja z cerkwi. Była karuzela, fotograf, kramarze. Dzieci kupowali sobie różne trąbki, bębenki. Dziewczynki pierścionki. Wtedy nic nie było. Było cicho. Wybrałam się na ósmą rano do kościoła. Szłam drogą zwaną wsią. To była droga pomiędzy ruskie domy. Pod kościołem spotkałam starszą siostrę mojej koleżanki. Ona zdziwiła się, że ja przyszłam tą drogą. Mówię jej, że nic nie zauważyłam. Że jest tak cicho. Dowiedziałam się od niej, że u nas nie ma już policji. Dostali rozkaz stawić się dzisiaj w Chodorowie, żeby oddać broń i mundury. Co będzie z nimi nie wiadomo, że grasują ukraińskie bandy. Lwów jeszcze się broni. Kilku żołnierzy rozbrojonych przez Niemców przyszło do domu. Nie wiedzą co mają robić. Między innymi jej mąż też przyszedł, na razie się ukrywa. Chciał iść do Rumunii, ale spotkał takich, co z stamtąd wracają. Bo dowiedzieli się, że tam Polacy siedzą za drutami. Że ze Lwowa poprzychodziły kobiety z dziećmi bo tam bieda, nie ma co jeść, bomby lecą. Ukraińcy witają Niemców kwiatami, oklaskami i wołają bitte, bitte.

Ludzie nic nie robią w polu, tylko siedzą w domu. Słuchają radia. W końcu i radio zamilkło. Wreszcie dowiadujemy się, że wojsko niemieckie rozłożyło obóz kilkanaście kilometrów od Brzozdowiec i wywiesili transparent z napisem w języku niemieckim i rosyjskim: Tu obozuje wojsko niemieckie. Nie wiedzieliśmy co to ma znaczyć. W niedzielę wychodzą ludzie z kościoła. Z jednej strony maszerują Niemcy, z drugiej z przeciwka maszeruje jakieś wojsko. Ludzie nie wiedzą co będzie, chowają się do kościoła. Może będą się bić. Oni przeszli obok siebie, zasalutowali sobie wzajemnie i poszli. Wreszcie zaczęli przychodzić żołnierze, którzy bronili Lwowa. Opowiadali jak rozbrajali ich radzieccy żołnierze. Zebrali ich dużo na wielkim placu. Wyzywali ich od najgorszych. Urządzili sobie pośmiewisko. Musieli biec przez jakiś plac, pojedynczo przełazić przez jakąś szparę rzucać broń i znowu biegiem. Przy tym bili ich, wyzywali, klęli. Oni byli bardzo zmęczeni, głodni, niewyspani. Padali, a oni rechotali się i dokazywali. Polaków „krew zalewała” ze złości. Zaczęły ukazywać się różne plakaty, ulotki szkalujące polski rząd i Polaków. Wreszcie pojawili się Rosjanie. Dwóch Komandirów i młoda Rosjanka dyrektorka szkoły. Zwołali rodziców w sali T.S.L. Uradzili, że są dwa budynki, będzie polska szkoła i ruska. Żydzi z Rusinami, Polacy osobno. Powyrzucali krzyże, portrety. Pod kościołem była taka przybudówka i tam mieszkał samotny człowiek, kaleka. On dmuchał taki miech przy organach. Zabrał te wszystkie krzyże i powiesił na ścianie. Wyglądało to jakoś strasznie. Dyrektorka zarządziła cofnięcie wszystkie klasy o jeden rok. A klasę pierwszą do przedszkola. Dzieci, które skończyły siódmą klasę musieli chodzić jeszcze rok do siódmej. Zaczęły się mityngi codziennie wieczorem. Wszystko musiało się robić, Komandiry przyjechali w drelichowych granatowych ubraniach. Za kilka dni ubrali się w garnitury, płaszcze jesionki, kapelusze, szaliki w kratkę. Nie do poznania. Dyrektorka szkoły też. Kupiła sobie płaszcz z futrzanym kołnierzem, beret, torebkę. Sprowadziła sobie koleżankę akuszerkę. Potem jeszcze sprowadziła pielęgniarkę. Wszystkie były młode, świeżo po studiach. Komsomołki. Dostały nakaz pracy. Rodzice ich bali się o nich. One też się bały, ale musiały jechać. W niedługim czasie pełno ich najechało do Lwowa i do innych miast. Wszystko wykupili. Ludzie nie byli zorientowani jaką wartość ma rubel. Oni liczyli, że rubel to złoty. A rubel miał wartość dziesięć rubli jedno jajko. Rosjanka nakupiła różnych rzeczy. Pytają się jej skąd ma tyle pieniędzy. Ona mówi, że sprzedała beczkę kapusty i za to kupiła płaszcze, buty, sukienki, bieliznę. Zorganizowali urząd gminny Oblasti przyłączyli nas do gminy Poddniestrzany powiat Chodorów a województwo Stryj.

Codziennie wieczorem musiało się iść na mityng. Musiało się krzyczeć „Chaj żywe”, musiało się klaskać. Wyszedł na balkon w T.S.Elu komandir. Coś tam po rosyjsku, w końcu pytał się tłumu ludzi: „Czyja se zasłuha?”. Musiało się odpowiadać: „Czerwonoi armiji”. No i bez końca „Chaj żywe Stalin, Czerwona armija” i różne takie. Byli tacy wybrani dziesiętnicy. Miał pod swoją opieką dziesięć domów. Musiał przypilnować żeby z każdego domu ktoś przyszedł na ten mityng. Przychodził też do nas. Był to Rusin, ale dobry sąsiad. Bardzo prosił mego tatę: „Władziu, chodź, bo będę miał kłopoty i Wy będziecie podejrzani.” Mój ojciec chodził, nieraz klął, ale szedł. Sklepy Żydom pozamykali, ludzie nieprzyzwyczajeni do kolejek, robiły się nie kolejki, ale tłumy. Był jeden sklep spożywczy. Dostaliśmy małe zeszyciki z pieczątką. Jak coś do sklepu tego przywieźli, to jak się udało dostać, to zapisywał w zeszyciku i przybijał pieczątkę. Było to 25 dkg cukru, albo kostkę szarego mydła, albo pół litra nafty. Szkoda, że nie zachował się ten zeszyt.

%d blogerów lubi to: