Już na trzy niedziele przed Popielcem, Kościół zapowiadał zbliżanie się Wielkiego Postu. Wskazywały na to szaty liturgiczne koloru fioletowego. Pierwsza niedziela nazywała się Starozapustna, druga Mięsopustna, trzecia Zapustna.

Zapusty trwały czasem i trzy dni. W niedzielę, poniedziałek i wtorek różne organizacje społeczne organizowały huczne zabawy taneczne w domu Towarzystwa Szkoły Ludowej. Ostatnia zabawa nazywała się „śledziówka”. We wtorek o godzinie 12 w nocy rozlegał się głos wielkiego dzwonu. Na ten znak wszelkie zabawy tak w domu ludowym jak i prywatki ustawały. Kończono je chóralnym śpiewem „Któryś za nas cierpiał rany”.

W środę popielcową rano o godz. 8-mej po mszy św., następował obrzęd posypania głów wiernych popiołem. Uczestniczyła także młodzież, która tak chętnie i ochoczo brała udział w „śledziówce”.

W Brzozdowcach, chociaż przed wojną przepisy postne zostały złagodzone, istniały tradycje dawnych, bardzo ostrych postów. Starsi ludzie opowiadali jak to dawniej jedyną dopuszczalną omastą był olej konopny. W tym czasie wszystkie trzy olejarnie miały wiele pracy. Jedna była własnością rodziny Suchorowskich „Na Błoniu”, druga żydowska w mieście i trzecia też rodziny Suchorowskich w Hrankach. W zasadzie nie jadano mięsa oczywiście w piątki ale także w środy i soboty. Zachowanie tego postu od mięsa nie było zresztą zbyt trudne, bo i tak kto w tych czasach na wsi czy w miasteczku jadał mięso? Chyba w wielkie święta czy w najlepszym wypadku w niedziele. W niektóre dni Wielkiego Postu wstrzymywano się także od spożywania jaj i nabiału. Niektórzy w Wielki Piątek wstrzymywali się od jedzenia cały dzień. Tak ostre posty istniały już tylko we wspomnieniach starszych ludzi ale wstrzemięźliwość od mięsa była skrupulatnie przestrzegana.

Kolejne niedziele Wielkiego Postu nazywały się: pierwsza – Wstępna, druga – Sucha, trzecia – Głucha, czwarta – Środopostna, piąta – Czarna, szósta – Palmowa.

Nabożeństwo Drogi Krzyżowej odbywało się w piątki Wielkiego Postu, rano po mszy św. Wierni chodzili pod przewodem księdza od stacji do stacji.Wnętrze kościoła w Brzozdowcach

Przy tłumnym udziale wiernych odbywało się przepiękne, jedynie w Polsce odprawiane nabożeństwo – Gorzkie Żale. Dawniej śpiewano wszystkie trzy części co łącznie z długim kazaniem pasyjnym trwało do trzech godzin. Ostatni proboszcz ks. Kaspruk zarządził jednak aby śpiewano tylko jedną część. A śpiewano w Brzozdowcach przepięknie, jedną zwrotkę mężczyźni a jedną kobiety, na przemian. Wspaniale, jak zwykle, prowadził chóralny śpiew całego kościoła brzozdowiecki organista Romuald Kordal. Ludzie obcy przybyli do brzozdowieckiego kościoła, wychodzili zeń urzeczeni wprost tym śpiewem. Dodać tu należy, że oprócz suplikacji Święty Boże śpiewano jeszcze pieśń przebłagalną „Przed oczy Twoje Panie”.

W czasie tego nabożeństwa na ołtarzyku w prezbiterium stał relikwiarz Krzyża Świętego, który kapłan po zakończeniu Gorzkich Żali podawał wiernym do ucałowania.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski, w kwietniu 2014 roku

Reklamy

Kiedy w czerwcu 1944 roku wojska alianckie wylądowały we Francji i utworzyły drugi front, nadzieja wstąpiła w serca Polaków na rychłe wyzwolenie. O powodzenie drugiego frontu patriotyczni mieszkańcy Brzozdowiec i okolicy zamówili Mszę św., którą odprawił ks. mgr Stanisław Kozłowski, miejscowy katecheta i kapelan oddziału AK przy odsłoniętym na ten czas Cudownym Obrazem Pana Jezusa Miłosiernego. Przyszło bardzo dużo ludzi, mimo, że termin nie został publicznie ogłoszony ze zrozumiałych względów. Wiadomość o drugim froncie i Mszy św. o jego powodzenie przekazywały sobie wzajemnie zaufane osoby. A tymczasem stawało się jasne, że te tereny wcześniej zajmą wojska radzieckie. Spodziewano się, że w tym wypadku wojska radzieckie poskromią oddziały UPA i z tej strony nic Polakom nie będzie groziło. Nikt nie przypuszczał, że trzeba będzie opuścić rodzinne strony. Obawiano się także przebiegu walk frontowych. Niemcy się jednak wycofali, w ślad za nimi ciągnęły wojska radzieckie. Niemcy na tym terenie nie stawiali oporu. Ostrzeliwali tylko ogniem artyleryjskim szosę Chodorów – Rozdół, którą przemieszczały się wojska radzieckie. Pociski padały też na Brzozdowce, rannych zostało kilku. Wiele osób z okolicznych domów schroniło się w kościele na czas ostrzeliwania. W tym czasie pewnej nocy ktoś zawiesił biało-czerwoną flagę na budynku TSL-u, zdjętą natychmiast przez Ukraińców.

W okolicy kwaterowała i operowała grupa polsko-sowieckiej partyzantki Mikołaja Kunickiego pseudonim „Mucha”. W swoim pamiętniku pisze m. in.

„Oddział Partyzancki im. Stalina  Wieś Granki/Hranki – Kuty 2.X.1944r.

Rozkaz. Zgodnie z rozkazem generała majora Saburowa oddział przybył do rejonu rozpoznania /wzg.392/.

Wysłano w nocy grupę rozpoznawczą do wsi Granki – Kuty, która nawiązała kontakt z łącznikami banderowców, dostarczyli oni tyle żywności oddziałowi partyzanckiemu, że nie był w stanie jej zużyć.

W dniu 31.X.1944 r. wszyscy dowódcy i łącznicy zostali aresztowani, między innymi łącznik UPA, który pracował od 1925 roku. Aresztowanych w liczbie 47 ludzi skierowano do powiatu Chodorów.

Dowódca  Oddziału Partyzanckiego.”

Krótki ten i zwięzły rozkaz wymaga uzupełnienia wiadomościami. Partyzantka M. Kunickiego rozpoznała dobrze rozmieszczenie UPA, a przede wszystkim znała hasło i odzew jakimi posługiwali się w tym czasie banderowcy. Upowcy byli przekonani, że wyrządzają przysługę bratniej organizacji. Wszystkich aresztowanych trzymano w zabudowaniach dworskich Fundacji St. Hr. Skarbka. Jeden z aresztowanych nazwiskiem „Bryndzak”, widocznie poczuwający się do większej winy popełnił samobójstwo. Pozostałych oddano w ręce NKWD w Chodorowie.

Dowódca oddziału partyzanckiego M. Kunicki złożył wizytę proboszczowi parafii Brzozdowce Michałowi Kasprukowi, który opowiedział mu o zorganizowanej obronie Brzozdowiec. Opowiedział też o historii Cudownego Obrazu Pana Jezusa Ukrzyżowanego i wiarę oraz nadzieję jaką w nim pokładają mieszkańcy Brzozdowiec i okolicy. Odsłonił Cudowny Obraz, przed którym Kunicki chwilę się modlił.

Rozpoczął się pobór do wojska. Polaków wcielano do Polskiego Wojska walczącego przy boku Armii Radzieckiej. Zginął w walce o Berlin Józef Piątkowski z Hranek. Szereg naszych żołnierzy walczyło o Wał Pomorski.

Przystąpił do akcji NKWD. Rozpoczęły się poszukiwania członków Armii Krajowej. Za przynależność do AK aresztowano. Ogółem aresztowano 12 osób. Wśród nich dowódcę na okręg Brzozdowce Stanisława Kordala st. ogniomistrza, Antoniego Antonickiego, Jana Kozakiewicza, N. Szymańskiego, łączniczkę Emilię Rokaszewską. Wszystkich skazano na 10 lat obozu pracy.

Równocześnie prowadzono usilnie agitację na rzecz wyjazdu Polaków na Ziemie Zachodnie. Zaczęli napływać Ukraińcy wysiedlani przez władze polskie z terenów Bieszczad. Postanowiono wyjechać razem. Rusini wyrażali żal z powodu wyjazdu Polaków, czynili to szczerze, nie kryjąc łez. Dobytek zwożono do Chodorowa, gdzie miały być podstawione wagony. Proboszcz ksiądz Michał Kaspruk postanowił wyjechać razem z parafianami. Naczynia, szaty liturgiczne, chorągwie pomogli zabrać parafianie. Cudowny Obraz Pana Jezusa postanowiono zabrać ze sobą. „Niech Cudowny Pan Jezus poprowadzi nas do nieznanego celu. Wszak to największy skarb jaki wieziemy ze sobą”. Tak mówili i dodawali i „jeszcze Relikwie Krzyża Świętego”. Pod taką opieką szczęśliwie dotrzemy do nieznanego celu. Figurki i feretrony przekazano proboszczowi greko-katolickiej cerkwi. Klucze od kościoła otrzymał proboszcz ks. Hapij. Dzwon wielki przekazano cerkwi.

Wnet po wyjeździe Polaków zaczęły się wśród ludności legendy, a to że figurka Matki Boskiej płacze, że z zamkniętego kościoła dochodzą na zewnątrz głosy organów i śpiew. Wyjazd Polaków był wielkim wydarzeniem wprost wstrząsającym i to zarówno dla Polaków jak i Rusinów.

Gdy już wszyscy byli w Chodorowie zdjęto Cudowny Obraz i zawieziono do Chodorowa. Zdjęcia tego najcenniejszego skarbu, jaki posiadało miasteczko dokonał Bronisław Rokaszewski, który był  bardzo tym przejęty i dokonał tego z największą czcią i szacunkiem, świadom historyczności chwili. Dwieście lat odbierał tu cześć zarówno od strony Polaków jak i Rusinów, obdarowywał łaskami zarówno jednych jak i drugich.

W październiku 1945 roku podstawiono nareszcie wagony dwóch pociągów, do których załadowali się Polacy z Brzozdowiec, Hranek i Krasnej Góry. Wielu „pasażerów” tego pociągu już nie żyje, wielu o tym koszmarnym wydarzeniu zapomniało.

Jedna z uczestniczek tego transportu zapisała na ten temat, pani Zofia Kordalowa tak opisuje:

„Co do wyjazdu tyle pamiętam, że wyjeżdżaliśmy 19 października 1945 roku. Bardzo długo czekaliśmy na wagony, otrzymaliśmy odkryte, dopiero w Łabędach przenieśli nas do krytych. Konwojentem naszym był ksiądz Kaspruk, ojciec mój był jego prawą ręką /Franciszek Berezowski/.

Kroczyliśmy wolno razem z Cudownym Obrazem z Brzozdowiec tak jak na Golgotę. Dojechaliśmy do Golczewa, bo dalej nie było torów, kilka rodzin t.j. kombatantów mieli gospodarstwa zajęte bo walczyli na tych terenach, inni musieli dopiero szukać. Będę długo pamiętała ten dzień, była to wigilia, deszczowy dzień, wozem woziliśmy swój dobytek do Trzebieszowa, gdzie ojca do siebie zabrał sekretarz. Długo tam nie byliśmy, w kwietniu 1946 roku byliśmy już w Kamieniu.”

Ks. Kanonik Michał Kaspruk od władz kościelnych otrzymał skierowanie do katedry w Kamieniu Pomorskim, gdzie w głównym ołtarzu umieścił Cudowny Obraz. Z czasem Obraz ten został przeniesiony do kaplicy, zwanej odtąd Kaplicą Brzozdowiecką.

Początkowy zamysł był aby wybrać na osiedlenie miejscowość podobną do Brzozdowiec i tam stworzyć nowe Brzozdowce. Przedstawiciele PURU oferowali po drodze te lub inne miejscowości, brzozdowianom żadna jednak nie odpowiadała. Grupa byłych żołnierzy z Franciszkiem Kotem na czele dążyła do osiedlenia się na Pomorzu Zachodnim. Po drodze jednak przez całą Polskę wiele rodzin wysiadało. Grupy przesiedleńców wysiadały już w Rzeszowie, Krakowie, Bielsku-Białej, dość spora grupa w Gliwicach-Łabędach, w Opolu i okolicy, koło Jeleniej Góry, Żagania, Kołobrzegu, Gdańsku i okolicy. Najliczniejsza jednak grupa w Kamieniu i okolicy. Ksiądz proboszcz Michał Kaspruk zawiesił Cudowny Obraz Pana Jezusa Brzozdowieckiego w Katedrze Kamieńskiej, gdzie odbiera cześć i obdarza łaskami dawnych i nowych parafian.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,   w styczniu 2014 roku

       Już późnej jesieni 1939 roku władze sowieckie przystąpiły do aresztowań. Zaczęło się od aresztowań oficerów WP, potem policjantów.

       Stanisław Marciniak był nauczycielem w szkole podstawowej w Brzozdowcach. Podobnie jak jego żona. Mieli małego synka. Marciniak jako podporucznik rezerwy został zmobilizowany w roku 1939 i brał udział w obronie Lwowa. Po zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną powrócił w mundurze do Brzozdowiec. Został aresztowany przez NKWD. Ślad po nim zaginął. Odnaleziony został dopiero na liście ofiar Katynia. Jego żona Stefania wraz z synkiem została na wiosnę 1940 roku wywieziona do Kazachstanu. Powróciła do Polski w roku 1946.

       Starszy przodownik Policji Państwowej, komendant posterunku PP w Brzozdowcach Edward Żugaj ukrywał się przed aresztowaniem w różnych miejscowościach. Po zakończeniu wojny wyjechał na Ziemie Odzyskane.

        Starszy przodownik, zastępca komendanta posterunku PP w Brzozdowcach Bronisław Lis wyjechał z Brzozdowiec do Lwowa. Tam został aresztowany przez NKWD i przepadł bez wieści. Jego żona deportowana do Kazachstanu, po wojnie powróciła do Polski.

        Posterunkowy Bohdan Sienkiewicz aresztowany przez NKWD przepadł bez wieści. Był wdowcem, bez dzieci.

         Posterunkowy Jan Kubacki aresztowany przez NKWD w jesieni 1939 roku przepadł bez wieści. Jego żona Maria z domu Rauth wraz z czworgiem dzieci wywieziona została do Kazachstanu. Po wojnie z dwojgiem dzieci powróciła do Polski. Najstarsza córka zaciągnęła się do Armii Gen. Andersa, po wojnie osiadła w Anglii. Jedno z dzieci na wygnaniu utopiło się.

         Posterunkowy Jan Kasperow został aresztowany przez NKWD i osadzony w więzieniu we Lwowie przy ul. Kazimierzowskiej. Jak sam opowiadał, po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej wraz z dużą grupą więźniów został zamurowany w jednej z cel. Po wycofaniu się straży i NKWD więźniowie z piecyka żelaznego i koca sporządzili taran, którym rozbili mur, co pozwoliło im wydostać się na zewnątrz. Na podwórzu więziennym widzieli wiele trupów zamordowanych współwięźniów. Jednak na tym nie zakończyły się  udręki Kasperowa. Żony z dziećmi nie zastał w domu. Została wywieziona z dwojgiem dzieci do Kazachstanu. Ocalały z rąk NKWD więzień Kasperow został aresztowany przez milicję ukraińską. Groziła mu śmierć. Na szczęście  w Brzozdowcach w tym czasie kwaterowały wojska słowackie. Za wstawiennictwem grupy Polaków z ks. Stanisławem Kozłowskim, Kasperow został przejęty na polecenie wojsk słowackich. Żołnierze słowaccy zaopiekowali się nim i zabrali ze sobą do Lwowa. Przeżył wojnę, lecz jego dalsze losy nie są mi znane.

        I jeszcze jeden z posterunkowych w Brzozdowcach, Józef Dziubek. Ten szczęśliwie przeżył wojnę. Nie został aresztowany i nie wywieziony.

        Posterunkowi Kubacki i Sienkiewicz mieli proces w Chodorowie. Świadczyli przeciwko nim brzozdowieccy Żydzi i Rusin.

         W sąsiednich Hrankach mieszkał jeszcze policjant, mąż Stanisławy Ludwińskiej. Nazwiska jego nie pamiętam. Był tropiony przez NKDW, ukrywał się jednak skutecznie. Żona z dziećmi została wywieziona do Chodorowa i tam załadowana do pociągu. Mąż zgłosił się w Chodorowie sam dobrowolnie i został dołączony do rodziny.

   Ciężką podróż do Kazachstanu odbyli razem. Po wojnie podobno osiedlili się w Anglii.

          Uchodząc przed wojskami niemieckimi osiadł w Brzozdowcach lekarz Żyd, którego nazwiska nie pamiętam, mimo iż mieszkał w naszym domu. Został zatrudniony w ośrodku zdrowia. Jak mówił bardzo tęsknił za Krakowem i gdy tylko władze sowieckie ogłosiły że kto chce wracać do miejsca swego zamieszkania po stronie niemieckiej niech się zapisze na wyjazd. Zapisał się więc  ten lekarz. W maju jednak 1940 roku cały ten transport władze sowieckie skierowały zamiast na zachód- na wschód, podobno na Syberię. Pojechał też i ów Żyd z żoną, która była Polką. Chyba lepiej się stało, jak się stało.

       W roku 1941, po zajęciu tych terenów przez wojska niemieckie, milicja ukraińska wyjawiła, że z wykazów znalezionych w NKWD w Chodorowie wynikało iż do najbliższej wywózki w głąb ZSRR przeznaczonych było jeszcze 57 rodzin z Brzozdowiec i Hranek.

                      Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał Stanisław Burlikowski, w styczniu 2013 roku

W Wielką Sobotę nabożeństwo rozpoczynało się już o godz. 6-tej. Oprócz wody chrzcielnej poświęcano też zwykłą wodę, którą wierni przynosili ze sobą a następnie zabierali do domów. Święcenie pokarmów odbywało się bezpośrednio po Mszy św. w sposób bardzo uroczysty. Wierni ustawiali się w dwuszeregu na cmentarzu kościelnym z wielkimi koszami, w których znajdowały się szynki, kiełbasy, baranki, babki, jajka, chrzan, sól, masło. Z kościoła wychodziła procesja z chorągwiami, ksiądz proboszcz przechodził środkiem i poświęcał a następnie w krótkim przemówieniu życzył wszystkim wesołych świąt.

W innych miejscowościach należących do parafii święcenia odbywały się w szkołach i kaplicach.

W Wielką Sobotę obowiązywał post wg przepisów kościelnych do godz. 12. W praktyce zachowywano post przez całą sobotę.

W czasie Mszy św. Wielkosobotniej na „Gloria” uderzały wszystkie dzwony w kościele i na zewnątrz a śpiewane przez celebransa trzykrotne „Alleluja” wprowadzały podniosły, radosny nastrój.

Podniosły obrzęd „Rezurekcji” odbywał się o godzinie 18.30. Celebrans wraz z asystą kawalerów ubranych w komże i ze świecami oraz innymi kawalerami niosącymi krzyż przepasany czerwoną stułą, figurę Pana Jezusa Zmartwychwstałego i paschał, oraz ministrantami w milczeniu udawał się do Bożego Grobu. Po krótkiej, cichej modlitwie chór rozpoczynał pieśń „Gloria Tibi Trinitas”. Potem następowały psalmy przepisane liturgią, po łacinie. Następowała modlitwa „Ojcze nasz” i jeszcze okolicznościowa modlitwa po łacinie. Celebrans podnosił monstrancję z Najświętszym Sakramentem i intonował „Wesoły nam dziś dzień nastał”. W tym momencie uderzały wszystkie dzwony. Rozlegały się salwy moździerzowe. Procesja ruszała aby trzykrotnie okrążyć kościół.

Strzelanie z moździerzy w poranek wielkanocny 1934.  Po procesji celebrans ujmował krzyż przepasany czerwoną stułą i trzykrotnie, coraz to wyżej, śpiewał po łacinie „ Zmartwychwstał Pan z Grobu”. Odpowiadano po łacinie: „który za nas zawisnął na Krzyżu. Alleluja”. Trzykrotna salwa moździerzowa wstrząsała kościołem. Następowała jutrznia wielkanocna, śpiewana po łacinie. Na zakończenie tej wspaniałej uroczystości śpiewano „Te Deum Laudamus” i Regina celi, po łacinie.

W Rezurekcji uczestniczyły tłumy wiernych, których kościół nie mógł pomieścić. Straż przy Bożym Grobie pełnili członkowie miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej.

W Niedzielę Wielkanocną o świcie, gdy rozlegał się dzwon na Anioł Pański wstrząsały miasteczkiem wystrzały moździerzowe a z kopuły kościelnej rozlegały się pieśni wielkanocne grane przez orkiestrę Karola Łabuza.

Po porannej Mszy św. we wszystkich rodzinach odbywało się uroczyste śniadanie. Na początek dzielono się święconym jajkiem składając sobie najlepsze życzenia. W ten dzień nie gotowano obiadu. Zajadano potrawy sporządzone w dniu poprzednim. Skorupki ze święconych jaj nie wolno było wyrzucać do śmieci lecz wysypywano je do ogródka lub na grządki aby kwiaty i jarzyny dobrze rozwijały się.

Oblewanie się wodą znane było pod nazwą „śmigus”. Odbywało się jednak nie w drugi dzień świąt, lecz we wtorek. Śmigus został przeniesiony na dzień powszedni ze względów praktycznych. Chodziło o to, że w święta ludzie chodzili w świątecznych strojach, które łatwo było zniszczyć. Na apel jednego z proboszczów zwyczaj oblewania przeniesiono zatem na dzień powszedni.

Trzeba jeszcze zaznaczyć, że w Brzozdowcach,  jak zresztą na całym terenie wschodniej Polski, istniał zwyczaj pozdrawiania się w okresie Świąt Wielkanocnych, począwszy od rezurekcji, słowami „Chrystus zmartwychwstał”, pozdrowiony odpowiadał „prawdziwie że powstał’. To pozdrowienie przyjęte zostało od Kościołów wschodnich.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w marcu 2013 roku

Ostatnia niedziela Wielkiego Postu rozpoczynała obrzędy Wielkiego Tygodnia i nazywana była Niedzielą Palmową. Przed sumą odbywała się uroczystość poświęcenia palm. Były one robione z gałązek łozy z baziami, umajonymi trzciną, bukszpanem lub barwinkiem, suchymi kwiatkami. Na sumę wszyscy z domu szli z palmami. Każda gospodyni niosła dużą palmę, dzieci miały mniejsze palmy. Obrzęd poświęcenia palm trwał dość długo. Po śpiewach psalmów ewangelii, wyruszała procesja na zewnątrz kościoła. Powracająca do kościoła procesja z palmami zastawała drzwi kościoła zamknięte. Wewnątrz pozostawał tylko organista, który na przemian z celebransem śpiewał przepisane psalmy. Po modlitwach celebrans uderzał ramieniem krzyża trzykrotnie w drzwi kościelne, które się w tym momencie otwierały. Wierni wchodzili do kościoła. Miało to symbolizować otwarcie nieba dla wszystkich przez śmierć krzyżową Jezusa Chrystusa. Wierni ustawiali się przez środek kościoła i kładli swoje palmy na posadzce świątyni. Po palmach tych kroczył, wśród śpiewu „Krzyżu Święty”, celebrans poprzedzony krzyżem procesyjnym. Miał w ręku również palmę. Obrzęd poświęcenia palm zakończony. Rozpoczynała się Msza św. Kolorem liturgicznym Niedzieli Palmowej był fioletowy. Dziś czerwony.

Powracający z kościoła wierni uderzali się wzajemnie palmami mówiąc: palma bije, nie ja biję, za sześć noc – Wielkanoc, za sześć dzień – Wielki Dzień. Tak samo po powrocie do domu uderzano palmą tych, którzy nie byli na sumie.

Poświęcone palmy przechowywano w domu, najczęściej za obrazami. Z początkiem maja, gdy po raz pierwszy wyganiano krowy na pastwisko należało mieć w ręku palmę, którą bydło uderzano aby zdrowo się chowało i krowy dużo mleka dawały.

Poniedziałek i wtorek były dniami przygotowań do następnych dni Wielkiego Tygodnia. Chłopcom przygotowywano kołatki, nazywane „bocianami”. Były te kołatki pojedyncze albo z czterema młotkami, te ostatnie były marzeniem wszystkich chłopców.

W Wielką Środę odbywało się nabożeństwo zwane Ciemną Jutrznią. W ławach obok wielkiego ołtarza zasiadali księża i organista, śpiewając na przemian psalmy przepisane dla tego obrzędu. W prezbiterium ustawiano świecznik o 13 świecach. Na dany znak przez księdza katechetę, ministrant gasił po jednej świecy. Ostatnią pośrodku świecę nie gasił tylko płonącą wynosił za ołtarz.  W tym momencie księża uderzali książkami o pulpit, co dawało sygnał do ogromnego łoskotu kołatkami, jaki wprawiła czekając z niecierpliwością na ten moment „zgraja” chłopców z kołatkami. Wypadali z kościoła i biegiem z głośnym kołataniem obiegali kościół.

Ciemną Jutrznię odprawiano jeszcze w Wielki Czwartek i Wielki Piątek.

W Wielki Czwartek w godzinach rannych odprawiała się jedyna Msza św. Na „Gloria” uderzały wszystkie dzwony i  dzwonki tak w kościele jak i poza kościołem, po czym milkły aż do ”Gloria” w Wielką Sobotę. Milkły też organy. Po Mszy św. w procesji przenoszono Najśw. Sakrament do bocznego ołtarza, św. Michała, do t. z. „ciemnicy”.

Liturgia Wielkopiątkowa rozpoczynała się o godzinie 7-mej. Następowała adoracja Krzyża św., komunia św. a potem przeniesienie Najśw. Sakramentu do Grobu. Odtąd obywała się adoracja aż do rezurekcji przez całą noc z piątku na sobotę.  Nabożeństwo odbywało się, jak wszystkie zresztą, w języku łacińskim, niezrozumiałym dla wszystkich wiernych.

Warto tu jeszcze opisać wygląd Bożego Grobu. Był zresztą bardzo piękny. Urządzony był przy ołtarzu Matki Boskiej. Z naturalnej zieleni wyłaniała się malowana na czterech elementach dekoracyjnych. W głębi znajdowała się nisza grobowa, w której leżała figura Pana Jezusa. Nad niszą, na ołtarzu wśród malowanych obłoków monstrancja. W ukryciu, wśród zieleni umieszczano klatki ze śpiewającym ptaszkami. Przed Bożym Grobem ustawiano fontannę. Wystrój Bożego Grobu, cichy plusk fontanny i śpiew ptaków sprawiały niezwykły, modlitewny nastrój. Szczególnie w Wielką Sobotę, gdy umilkły całonocne śpiewy wielkopostne a w kościele zapanowała absolutna cisza.

W Wielki Piątek, po odśpiewaniu wszystkich trzech części Gorzkich Żalów ministranci urządzali szukanie i gonienie Judasza. Przygotowywali pochodnie i kije a tymczasem Judasz ukrył się. Szukano go na cmentarzu kościelnym, w ogrodzie plebańskim w różnych zakamarkach a gdy znaleziono go, uciekającego okładano symbolicznie kijami za jego zdradę. Judaszem zdrajcą był…kościelny Marian Sanocki.

W Wielki Piątek był zwyczaj na znak żałoby zasłaniać lustra. Przepisy postne były w ten dzień absolutnie przestrzegane, aż do przesady, n. p. nie można było jeść żadnego tłuszczu nawet masła, nie spożywano też mleka, a głównym pożywieniem były ziemniaki okraszone olejem konopnym oraz zupa z suszonych owoców.

W domach zachowywano powagę i skupienie, za śmiech dzieci były upominane.

Kolorem liturgicznym Wielkiego Piątku był kolor czarny, z wyjątkiem procesji do Bożego Grobu, w kolorze białym.

 

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w marcu 2013 roku

Początków  sportu należy szukać w latach dwudziestych. Pojawiła się wtedy gra zwana „kiczką”. Zabawiali się nią chłopcy pasący krowy na pastwisku zwanym Malechówka. Do tej gry używano klocka drewnianego i takiegoż kija. Klocek kładziono do dołka, podbijało się go a następnie jak najmocniej należało uderzyć kijem aby klocek poleciał jak najdalej. Wygrywał ten, który najdalej wybił klocek. W drugiej połowie lat dwudziestych pokazała się piłka nożna. Przywieźli ją gimnazjaliści ze Lwowa. Boiskami były przydomowe podwórka.

           Prawdziwy rozwój sportu w Brzozdowcach nastąpił w latach trzydziestych z chwilą zorganizowania Oddziału Związku Strzeleckiego. W Związku tym powstała sekcja sportowa, która przemieniła się w klub sportowy pod nazwą Brzozdowiecki Klub Sportowy Strzelec. Klub przybrał barwy biało-zielone. Delegacja młodzieży udała się do wójta gminy z prośbą o zezwolenie na prowadzenie treningów i spotkań na pastwisku zwanym „Stawisko”. Młodzież sama uporządkowała teren, ustawiła bramki, wyznaczyła linie. Powstała sekcja piłki nożnej i sekcja siatkówki. Próbowano stworzyć sekcje kobiece ale jakoś dziewczęta nie kwapiły się do sportu.

           Kapitanem klubu został Jan Burlikowski. W drużynie grali: Jan Burlikowski, Stanisław Wesołowski, Józef Zagórski, Karol Łabuz, Julian Ukraiński, Stanisław Kłosowski, Karol Mroczkowski, Stanisław Mroczkowski, Bronisław Rokaszewski, Marian Malec, Edward Suchorowski. W bramce grali: Michał Somyk i N. Kozakiewicz. Było jeszcze kilku graczy, których nazwisk nie pamiętam. Największe ożywienie w sporcie miało miejsce w czasie wakacji, gdy do Brzozdowiec przyjeżdżali uczniowie szkół średnich lub pracujący na urlopy. Stanowiliśmy wtedy silny zespół, z którym okoliczne zespoły nie mogły sobie poradzić.

Karol Mroczkowski

 Pierwszy mecz z zespołem z miasteczka Rozdół przegraliśmy 1:7. Oni wyszli w strojach piłkarskich, nasi grali w długich spodniach i białych koszulkach, w świątecznych półbutach. Niejedna podeszwa wtedy odleciała. W kilka miesięcy później, już w krótkich spodenkach i lepiej dobranych butach, chociaż jeszcze nie piłkarskich, pokonaliśmy Rozdół też 7:1. Kilkakrotnie potem graliśmy z Rozdołem, zawsze zwycięsko.

Piłkarskie kontakty utrzymywaliśmy także z Polonią z Mikołajowa. Pierwszy mecz był u nich. Zremisowaliśmy tam 0:0, u nas mecz był wygrany 3:1. Graliśmy ze Strzelcem z powiatowego miasta Żydaczów. Na ich boisku w bardzo osłabionym składzie przegraliśmy 1:7, u nas zremisowaliśmy 1:1. Graliśmy z reprezentacją Borynicz, wygrana 5:0. W tym stosunku wygraliśmy z miejscową drużyną ukraińską, Hortywną.Obrazek

Występy naszego zespołu cieszyły się dużym zainteresowaniem mieszkańców miasteczka. Na mecze przychodziło stosunkowo dużo ludzi. Wstęp płaciło się 10 gr, początkowo nawet był darmowy. Klub nie miał żadnych funduszów. Pierwszą piłkę kupiono z dobrowolnych składek zawodników.

Obrazek

Wszystkie miejscowe mecze sędziował honorowo student Politechniki Lwowskiej Feliks Bilicki, który mimo iż był miejscowy, sędziował zawsze bardzo obiektywnie.

         Sekcja piłki siatkowej nie utrzymywała żadnych kontaktów z innym drużynami: poza jednym wyjątkiem. Grała z reprezentacją 6 pułku artylerii przeciwlotniczej ze Lwowa. Przegrali, ale mecz stał na bardzo wysokim poziomie.

          Mecze BKS Strzelec były w Brzozdowcach wielką niedzielną atrakcją, gra w piłkę nożną była dla młodzieży przyjemną i pożyteczną rozrywką. Wojna przerwała wszelką działalność sportową. Uważano, że wszelkie publiczne wystąpienia są nie na miejscu.          Wielu piłkarzy należało do AK. Niektórzy walczyli na froncie. Wspomnieć tu należy o Stanisławie Marciniaku, miejscowym nauczycielu szkoły powszechnej, podporuczniku rezerwy, piłkarzu Strzelca, który walczył z Niemcami pod Lwowem. Aresztowany przez NKWD, więziony w Kozielsku, znalazł śmierć w Katyniu.

           Jak popularną była w Brzozdowcach piłka nożna może świadczyć piosenka o Brzozdowcach, którą tam ułożono a w której jako refren powtarzał się wiersz:

                            Bo boisko na Stawisku

                           To jest jednak klawa rzecz

                           Tam se kopniesz futbalisko

                           Tam zobaczysz prima mecz.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,    w styczniu 2013 roku.

Fotografie  ze zbiorów Barbary Suchorowskiej-Włodarczyk (fot. 1 – Karol Mroczkowski) i Marzeny Wysmyk (fot 2, 3).

Ze wspomnień Jana Burlikowskiego – Poczta w Brzozdowcach

W chwili wybuchu wojny światowej (drugiej)  istniał w Brzozdowcach Urząd Pocztowo-telegraficzny w budynku Towarzystwa Szkoły Ludowej. Poczmistrzem była Maria Łotocka. Urząd ten miał ogromny zasięg terytorialny. Najbliższe urzędy znajdowały się w Rozdole (7 km), Żydaczowie ( 9 km), Boryniczach (7 km), Chodorowie (16 km).   Poczta była przewożona ze stacji kolejowej w Boryniczach furmanką do Brzozdowiec i tu rozdzielana na poszczególne miejscowości. Zadziwiała punktualność kursowania poczty. Przesyłka wrzucona we Lwowie jednego dnia, na drugi docierała do rąk adresata.

Długoletnim listonoszem był Rusin nazwiskiem Korecki, ceniony za swą sumienność i uczciwość. W okresie międzywojennym kierowniczką Urzędu była m. i. Katarzyna Kłosowska.

Kiedy w tej formie powstał ten Urząd trudno dziś powiedzieć. Zapewne jeszcze w XIX wieku. W każdym razie w roku 1901 już istniał. Jak podano w Schematyźmie Galicyjskim z tego roku w Brzozdowcach istnieje Urząd Pocztowo-telegraficzny a poczmistrzem jest Alojza Ferus. W 1909 poczmistrzem w Brzozdowcach jest Józef Wędziłowicz.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski     –      w grudniu 2012 roku

Obyczaje i zwyczaje  – Boże Narodzenie- wigilia

Z tymi świętami tak bardzo miłymi i rodzinnymi związanych było szereg zwyczajów i obrzędów. A więc przede wszystkim wigilia. Kobiety już od rana krzątały się około przygotowań wieczerzy, w ciągu dnia należało się tylko posilić byle czym, główny więc posiłek stanowiła właśnie wieczerza wigilijna. Kobiety starały się w tym dniu nie odwiedzać sąsiadów bowiem wierzono, że przybycie do kogoś w tym dniu kobiety jako pierwszego gościa w domu nie przynosiło szczęścia na cały rok. Natomiast gdy do domu przybył jako pierwszy w dzień wigilijny mężczyzna, przynosił on szczęście w najbliższym roku.

W licznych domach polskich kontynuowano odwieczny zwyczaj dzielenia się wieczerzą wigilijną z sąsiadami Rusinami. Posyłano więc potrawy wigilijne i pączki nazywane tam „pampuchy” poprzez dzieci, które chętnie to czyniły, gdyż otrzymywały po kilkadziesiąt groszy „na cukierki”. Zwyczaj ten utrzymał się aż do wyjazdu Polaków z tych terenów, mimo postępującej ukrainizacji Rusinów. Odwieczne sąsiedzkie więzi i dobre wzajemne stosunki zostały w Brzozdowcach w licznych wypadkach utrzymane.

Dziewczęta ubierały tymczasem choinkę nazywaną tam „drzewkiem”. Ojciec rodziny przygotowywał w stodole wielką wiązkę żytniej słomy, która nazywała się „dziadem”. Przygotowywał też wiązankę siana, którą nazywano „babą”. Część tego siana rozpościerano później na stole pod obrusem, resztę kładziono pod stół.

Z pogody w dzień wigilijny wróżono jaki będzie rok następny i związane z tym urodzaje. „Wilia pogodna i jasna- będzie stodoła ciasna”, wróżono. I odwrotnie, brzydka pogoda, mroczny dzień nie wróżył nic dobrego. Dodać tu należy, że pogodę na przyszłe miesiące roku wróżono także od św. Łucji (13 grudnia).

Wszyscy wypatrywali pierwszej gwiazdy. Czasem zajaśniała na wschodniej stronie nieba, czasem było pochmurno. Ale niezmiennie z nastaniem zmroku odzywał się wielki dzwon, który swym donośnym i wspaniałym głosem obwieszczał „święty wieczór” i jutrzejszy dzień Narodzenia Pańskiego. W tym momencie ojciec rodziny zapalał stojącą na stole wielką świecę przy uroczystym wygłoszeniu słów „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Następnie przynosił ze stodoły wiązankę słomy to jest „dziada’ i wiązankę siana, to jest „babę” oraz snopek owsa. Na moment przeniesienia czekali wszyscy domownicy. Ojciec rodziny pochwalił Pana Boga i następnie wyraził czułe życzenia świąteczne wszystkim domownikom. Tymczasem dzieci zajęły się rozścielaniem słomy w całej izbie, snopek owsa lokowano w kącie. Zapalano świeczki na choince, pilnie bacząc aby się nie zapaliło.

Kobiety kończyły przygotowania do wspólnej kolacji. Miały w ten dzień mnóstwo pracy ponieważ należało przygotować również i obiad na dzień następny, gdyż żadna szanująca się gospodyni nie odważyłaby się gotować w tak wielkie święto jak Boże Narodzenie. Szczególnie ważną czynnością było gotowanie pszenicy otartej z łuski oraz ucieranie maku. Razem z dodatkami jak miód, orzechy, rodzynki, składało się to wszystko na smakowitą kutię. W garnku gotowanej pszenicy tworzyła się skorupka rozgotowanych ziarenek. Należało tę skorupkę zdjąć i pokarmić nią ptaszki niech też wiedzą, że są święta. Dzieci zaś pilnowały ucierania maku i co chwila domagały się „degustacji”. Największą jednak łaską było otrzymanie do wylizania tak zwanego „makohonu”, to jest drewnianego tłuczka, którym sprawne ręce babci ucierały w „makutrze” (donicy) mak. Nie pomagało ostrzeżenie babci, że oblizywanie makohonu grozi łysieniem, kto by się tym przejmował gdy się ma kilka lat, starość daleko a mak taki słodki.

Gdy wszystko było gotowe, wszyscy domownicy gromadzili się odświętnie ubrani przy wspólnym stole. Rozpoczynały się modlitwy w intencji żywych i zmarłych członków rodziny, o zdrowie i pomyślność i wieczne odpoczywanie. Nastąpił uroczysty moment okadzania stołu. Dokonywała tego najstarsza osoba w rodzinie. Wśród stosownej modlitwy przy pomocy zaimprowizowanej kadzielnicy z kadzidłem w postaci jałowca i żywicy okadzano stół i znajdujące się przy stole osoby.

Ojciec rodziny brał do rąk leżący na stole opłatek i dzielił się ze wszystkimi obecnymi, ci zaś dzielili się między sobą. Składano sobie wzajemnie najlepsze życzenia, wśród ogólnej życzliwości i łez wzruszenia.

Na kolację wigilijną składały się takie potrawy: zupa grochowa lub barszcz postny z uszkami z grzybów, ryba smażona i w galarecie, gołąbki z tartych ziemniaków z kaszą, pierożki kapuściane i tak zwane ruskie, kapusta kiszona z grochem, grzybki smażone, kompot ze śliwek lub suszonych owoców, kutia, herbata, pączki na oleju, inne pieczywo.

Należy tu jeszcze dodać, że po podaniu kapusty z grochem następowało ponowne okadzanie co miało zapewnić zdrowie spożywającym oraz uwolnienie je w przyszłym roku od szkodników.

Przez cały czas wieczerzy śpiewano kolędy, z tego powodu wieczerza ta trwała dość długo. Po jej zakończeniu dzieci zaczęły baraszkować na rozrzuconej po podłodze słomie, naśladując przy tym głosy zwierząt domowych, co miało tym zwierzętom zapewnić zdrowy chów przez cały następny rok.

A tymczasem pojawiali się pierwsi kolędnicy. Grupy chłopców kolędowały pod oknami lub przychodzili do mieszkania z szopką, turoniem zwanym tam „kozą”, przebrani za Żydów, chłopów, itp. grupy kolędnicze.

Opłatkami, którymi się dzielono przy stole wigilijnym nie mogły pochodzić ze zwykłego kupna. Przynosił je już w adwencie organista i wręczał w obecności całej zgromadzonej rodziny głowie domu. Z wielkim namaszczeniem kładł wyjęte z koszyka paczki opłatków, kładł je na „bursie” (rodzaj koperty z tego samego materiału i koloru co ornat, która służyła do wkładania korporału) i wręczając mówił: „Niechaj Jezus Chrystus, którego pamiątkę narodzenia obchodzić będziemy pobłogosławi państwu szczęściem, zdrowiem długoletnim życiem, a po długoletnim życiu Królestwem niebieskim.  Czego życzę, winszuję – niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, wesołych świąt”.

Pan domu z wielką powagą przyjmował opłatki, kładł je na przygotowany już na stole talerz. Na te chwilę stół był nakryty białym obrusem. Potem dziękował panu organiście i wręczał mu datek.

Podczas okadzania potraw na stole wigilijnym osoba to czyniąca modliła się słowami: „Niechaj się wzniesie modlitwa moja jako dym kadzidła przed oblicze Twoje”.

Okadzanie kapusty z grochem, która po rybach i grzybach była pierwszą potrawą wytworzoną pracą rąk ludzkich, było wyrazem wielkiej czci dla ciężko pracujących na roli.

Również z wielką powagą przystępowano do spożywania kutii, która składała się głównie z pszenicy obrodzonej dzięki ciężkiej pracy rolnika. Gospodarz domu brał pierwszy na łyżkę nieco tej potrawy i wyrzucał ją do sufitu mówiąc: „daj Boże abyś dobrze rosła i obfity plon przynosiła”. Przyczepienie się kutii do sufitu wróżyło dobre zbiory.

Aby wywróżyć czy przyszły rok przyniesie dobre plony, wyciągano też spod obrusa źdźbła siana. Jeśli wyciągnięto długie źdźbło oznaczało to, że zbiory zbóż będą dobre, krótkie zaś wróżyły słabe zbiory.

Na stole wigilijnym na honorowym miejscu kładziono specjalnie upieczoną bułkę podłużną, która miała znamionować Dzieciątko.

Dbano też o to by bydełko było dobrze nakarmione, otrzymywało też symbolicznie coś z wigilijnego stołu.

Podczas wieczerzy wigilijnej zwracano uwagę aby przy stole siedziała parzysta liczba osób. Jeśli była nieparzysta dostawiano jedno więcej nakrycie. Nieparzysta liczba nie wróżyła dobrze, ktoś mógł do następnego roku ubyć. Po kolacji panny na wydaniu zbierały łyżki, wychodziły na próg domu i mocno nimi dzwoniły. Z której strony odezwał się pies z tej strony należało oczekiwać przyszłego męża.

Wieczór wigilijny spędzano w gronie najbliższej rodziny. Odwiedzin nie było. Rozmawiano, śpiewano  kolędy  a przed północą udawano się na pasterkę.

Już na długo przed dwunastą ze wszystkich stron ciągnęły tłumy wiernych do oświetlonego rzęsiście kościoła. Uroczystą pasterkę odprawiał zawsze proboszcz. Rozpoczynała ją niezmiennie od lat potężna kolęda „Bóg się rodzi”. Kazania nie było. Drugą stale śpiewaną kolędą była „Wśród nocnej ciszy”.

W wielu domach istniał zwyczaj świecenia świecy wigilijnej bez przerwy aż do rana. Zwracano przy tym uwagę aby nie zgasła, gdyby zaś zgasła byłoby to złą wróżbą na przyszłość, ktoś mógł ubyć do przyszłej wigilii.

 

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w grudniu 2012 roku

 

Ze wspomnień Jana Burlikowskiego   – Obyczaje i zwyczaje  – adwent

W tym okresie należało uczęszczać do kościoła na „roraty”. Odbywały się one niezmiennie o godzinie 6-tej rano. W bardzo wielu domach nie było zegarów, orientowano się więc w czasie odgłosem dzwonów. Gorzej było w odległych domach, dokąd głos dzwonów nie dochodził. Wstawano więc na pierwsze pianie kogutów. Zaglądano przez okna czy u sąsiadów już świecą i tym też się kierowano. Najgorzej pod tym względem było w miejscowości Krasna Góra, czysto polskiej, odległej kilka kilometrów od kościoła. Położona wśród pól nie miała wyraźnej drogi do Brzozdowiec. Należało więc iść na przełaj. A tu głęboka jeszcze noc pola zasypane śniegiem. Zdarzało się więc często, że ludzie błądzili i zamiast do Brzozdowiec zachodzili do odległych Podniestrzan.

W tym czasie wypadało świętego Andrzeja. I w Brzozdowcach znane były „andrzejkowe wróżby”. Oto niektóre, kontynuowane aż do wyjazdu na Ziemie Zachodnie:

– liczenie kołków w płocie – robiły to dziewczęta wypowiadając przy tym: wydam się, nie wydam się (za mąż). Ostatni kołek w płocie wykazywał, czy dziewczyna w tym roku wyjdzie za mąż czy nie. Psotni chłopcy wcześniej smarowali kołki czarną mazią i nie jedna poplamiła sobie rączki, ku wielkiej radości ukrytych chłopców.

– dziewczęta wcześniej piekły „kołaczyki” ( małe bułeczki), układały je na podłodze i przyprowadzały psa, pies obwąchiwał i czyją pierwszą chwycił ta dziewczyna niewątpliwie pierwsza wychodziła za mąż.

– dziewczęta od stołu w kierunku drzwi układały swoje buciki, który pierwszy bucik wyszedł za drzwi, ta pierwsza wychodziła za  mąż.

– wypisywały na karteczkach imiona kawalerów, karteczki te wkładały pod poduszkę a rano w dzień św. Andrzeja wyciągały jedną kartkę. Tam było imię tego, za którego wyjdzie w tym roku za mąż.

Pod trzy talerze wkładano różaniec, obrączkę lub chusteczkę. Dziewczęta odkrywały talerze: jeśli była obrączka, to dobrze, dziewczyna miała zapewnione zamążpójście w tym roku, różaniec wskazywał na  to, że w najbliższym czasie za mąż nie wyjdzie a nawet grozi jej staropanieństwo. Najgorzej było z tą, która podniesie talerz z chusteczką. Oznaczało to, że będzie miała do czynienia z pieluszkami.

Bardzo rozpowszechniony był zwyczaj wylewania wosku topionego. Odbywało się to w obecności chłopców wśród wesołej zabawy. Wróżono z fantastycznych figur jakie z tego powstawały a znaczyła tu wiele wyobraźnia bawiących się.

Gdy wszystkie wróżby były niekorzystne, dziewczęta chwytały się jeszcze jednej niezawodnej. Ubierały spódnice specjalne, zwane „dymkami” wychodziły na próg domu i wołały w języku ruskim, aby wróżba była pewniejsza „Andriju, Andriju, ja dymku pidnoszu, widawaty sia choczu”. Dymka to była spódnica z lnianego płótna bielonego, wyrabianego sposobem domowym. Na tym płótnie „dymarz”-żyd odciskał z drewnianej formy przy pomocy farby rozmaite wycięte tam wzory. Takie spódnice były jeszcze w użyciu w czasie pierwszej wojny światowej i krótko po niej- wyparły je później materiały fabrycznej roboty.

Jeśli św. Andrzej wypadał przed adwentem odbywała się w sali TSL ochocza zabawa taneczna, w czasie której wypróbowywano niektóre z opisanych wyżej wróżb.

W tych wróżbach przewijało się wyraźnie pragnienie wyjścia za mąż. Nic dziwnego, w tym dziewczyna pozbawiona wykształcenia i zawodu oraz możliwości pracy zarobkowej upatrywała jedyną swoją karierę.

W okresie adwentu przygotowywano się do świąt Bożego Narodzenia. W sali TSL ćwiczył chór kolędy, na scenie odbywały się próby jasełek, chłopcy przygotowywali rekwizyty i maski do przebierania się „po kolędzie”.

Dziewczęta robiły z bibułki kolorowej, koralików itp. ozdoby choinkowe a ze słomki misterne pająki, kwiaty sztuczne dla ozdoby obrazów i mieszkania.

Chłopcy przynosili dziewczętom choinki, niektóre dziewczyny otrzymywały ich po kilka co świadczyło najlepiej o jej popularności.

Sąsiadki omawiały sprawę pieczenia ciast świątecznych, gotowania potraw, wymieniały między sobą wiktuały co której brakowało a bywało, że bogatsi gospodarze biedniejszym przysyłali potrzebne im produkty.

Wiele radości dzieciom a także starszym przynosił św. Mikołaj. Pomijam wszędzie występujący zwyczaj podkładania pod poduszkę prezentów dzieciom a także starszym, ale wspomnę o imprezie publicznej urządzanej z tej okazji w sali domu ludowego. Organizowano wtedy przedstawienie o św. Mikołaju granym przez dzieci. Na zakończenie przedstawienia wkraczał na scenę św. Mikołaj w gronie aniołków i strasznych diabłów. Ci psocili niezgorzej a niejedno dziecko ze strachu popłakało się. Mikołaj rozdawał upominki. Było przy tym wiele radości i śmiechu. Ks. katecheta Wojtanowski namiętny palacz otrzymywał rózgę obwieszoną papierosami, któraś z panienek otrzymała miotłę a innej z rozwiniętego opakowania wypadła mysz. Ktoś inny otrzymał nowy nocnik, do którego wlano piwo i włożono kiełbaski. Tak było na początku, później aby uniknąć podobnych „podarków”, przyjmowano tylko takie, które nie budziły zastrzeżeń.”

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w grudniu 2012 roku

%d blogerów lubi to: