Drodzy Czytelnicy strony o Brzozdowcach. Licząc na Waszą pomoc zamieszczam komunikat przesłany przez P. Stanisława Zagórskiego, poszukującego informacji o swojej rodzinie:

„Zwracam się  z prośbą do dawnych brzozdowian zamieszkujących Pomorze Zachodnie z prośbą o jakiekolwiek informacje na temat rodziny Zagórskich zamieszkujących Brzozdowce numer domu 7.
  • Roman Zagórski   – urodzony 20.01.1928 r w Hrankach, syn Jana i Marii z domu Bocheńska,
  • Czesław Zagórski – urodzony 29.07.1926 r. w Brzozdowcach, syn Jana Zagórskiego i Marii, Reginy z domu Horyń, córki Grzegorza i Apolonii z domu Guga,
  • Jan Zagórski – urodzony we wsi Hranki, syn Józefa i Apolonii z domu Śliwak,
  • Maria, Regina Zagórska z domu Horyń – pierwsza żona Jana Zagórskiego,
  • Maria Zagórska z domu Bocheńska – druga żona Jana Zagórskiego; zmarła z głodu,
  • Emilia Horyń – sąsiadka mieszkała cztery domy od Zagórskich,
  • Katarzyna Rewer – sąsiadka.
 Najbardziej jednak proszę o jakiekolwiek informacje na temat Czesława Zagórskiego, którego losy nie są znane. Z opowiadań mojego ojca (Romana Zagórskiego) wynika, że w 1942 roku w Brzozdowcach zaczęły się przymusowe wywózki na roboty do Niemiec. Na jesieni 1942  w jednym z transportów znalazł się mój wujek Czesław Zagórski wraz z kolegami: Piotrem Nebesnym i Januszem Delinowskim. Ostatnia wiadomość od Czesława Zagórskiego nadeszła z okolic Berlina w której pisał, że pracuje u jakiegoś gospodarza Bruno Dominika. Potem ślad się urwał.
Czy są może znane komuś z dawnych brzozdowian fakty związane z wywózką w 1942 roku?  Czy żyją może jeszcze osoby które przeżyły tę wywózkę? Jeszcze raz z góry dziękuję za jakiekolwiek informacje.
Mój ojciec zmarł w 2008 roku nigdy nie dowiedziawszy się jakie były losy jego brata.
Stanisław Zagórski”

jan_zagorski

Jan Zagórski

roman_zagorski

Roman Zagórski

zagorska-maria-geb-bochenska

Maria z Bocheńskich Zagórska

Czesław Zagórski

Czesław Zagórski

Brullion pomierzonych włości w dobrach JW Franciszka y Kazimierza Rzewuskich pod dozorem JW grafa Czaki

Brullion pomierzonych włości w dobrach JW Franciszka y Kazimierza Rzewuskich pod dozorem JW grafa Czaki – z zasobów Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona.

W zasobach Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona pojawił się nowy materiał powiązany z Brzozdowcami – ręcznie wykonana mapa okolic, sporządzona przez kartografa działającego na zlecenie hrabiego Rzewuskiego. Mapa narysowana jest piórkiem i podmalowana kolorami, posiada opisy okolicy, zawiera nazwy lokalne i jest opatrzona legendą. Wedle tejże Brzozdowce są miasteczkiem mniejszym, sąsiedni Rozdół jest miasteczkiem większym, a znajdujące się w pobliżu: Hranki, Kuty, Podhorce, Turzanowce i Malechów są wsiami bez cerkwi. Między Brzozdowcami a Hrankami zaznaczona jest karczma.

Brullion pomierzonych włości w dobrach JW Franciszka y Kazimierza Rzewuskich pod dozorem JW grafa Czaki.

Brullion pomierzonych włości w dobrach JW Franciszka y Kazimierza Rzewuskich pod dozorem JW grafa Czaki – detal mapy z zasobów Cyfrowej Biblioteki Narodowej Polona.

Brzozdowce znajdują się w obrębie, okolonych na mapie kolorem żółtym, włości rozdolskich i brzozdowieckich. Mapa jest nie tylko interesująca od strony historycznej, ale też pięknie wykonana i dobrze zachowana – w detalu widać każde pociągnięcie pióra i pędzla.

Niemal w tym samym czasie ukazała się w Przemyślu książka Geografia albo dokładne opisanie królestw Galicyi i Lodomeryi, której autorem był Ewaryst Andrzej hr. Kuropatnicki. Jej drugie wydanie opublikowano we Lwowie przez Zakład Narodowy im Ossolińskich nakładem Wojciecha Manieckiego. W przedmowie wydawca wyjaśnia, iż mimo, że książka nie ma walorów naukowych, stanowi wartościowe źródło historyczne. W książce nie pada nazwa Brzozdowce, a z mniejszych miejscowości w ramach cyrkułu lwowskiego wymienione są na s. 78: Rozdół („Miasto domu Rzewuskich. Był tu kościół i klasztor Karmelitów trzewiczkowych”) i Chodorów („Tegoż domu, z pałacami oba miasta i kościołami”). Natomiast, jak pisze autor, „Cyrkuł ten obfituje. Przywozu różnego, nie rachując ile w sobie ma, obfituje w gips, kamień ciosowy, wapienny, łąki rozległe, pola urodzajne, glinę na cegły, stawy obszerne, piasek do muru, bekasy, ptastwo drobne i stawowe, w ogrody, sady i co tylko do życia być może potrzebnego” (Kuropatnicki, 1858, wyd. II, s. 78).

Oba te wysiłki „opisania świata” wskazują, jakimi sposobami próbowano porządkować wiedzę w II połowie XVIII wieku. Mapy szkicowane ręcznie i notatki czynione z potrzeby zebrania informacji o regionie były bliskie rzeczywistości, którą porządkowały – z rozmaitymi detalami, ciekawostkami i osobistym rysem autora.

Na blogu czajkus.com pojawił się interesujący wpis, który poleciła mi jedna z czytelniczek naszej brzozdowieckiej strony. Dotyczy on relacji z wycieczki naukowej do gorzelni w Brzozdowcach, którą odbyli w roku 1910 studenci wydziału chemii technicznej Politechniki Lwowskiej wraz z profesorem Wiktorem Syniewskim.

Za zgodą autora bloga czajkus.com cytuję treść artykułu, który można  przeczytać także w zasobach Jagiellońskiej Biblioteki Cyfrowej:

„WYCIECZKA NAUKOWA DO GORZELNI W BRZOZDOWCACH

Jak co roku, tak też i w bieżącym wybrali się słuchacze wydziału chemii technicznej lwowskiej szkoły politechnicznej na jednodniową wycieczkę dla zwiedzenia gorzelni krajowej. Pierwotnie przyrzekł nam prof. Syniewski, że urządzi nam wycieczkę w „50 lat wstecz”, skąd szybko, bo w 3-4 dni przebiegać będziemy dalszych pięć dziesięcioleci; zamierzał po prostu zacząć od zwiedzania jakiejś gorzelni-antyku, o takiem urządzeniu, któregobym dziś przedstawić nie potrafił, bo w podręcznikach gorzelnictwa już dawno nie istnieją, przejść potem gorzelnie coraz to doskonalsze, a skończyć na takiej, która jest ostatnim wyrazem techniki gorzelniczej.

Projektu tego musiano jednak dla pewnych względów zaniechać w tym roku i pozostało zwiedzenie gorzelni możliwie najlepszej. Pewnego pięknego dnia ogłoszono nam marszrutę do Brzozdowiec, a nazajutrz raniutko siedzieliśmy już w pociągu do Stanisławowa, na którym szlaku kolejowym leży stacya Borynicze, obsługująca Brzozdowce.

– Co to za gorzelnia, czy daleko od stacyi, kto jest jej właścicielem, a kto w niej wódkę pędzi? – oto pytania, jakiemy zasypaliśmy profesora, usadowiwszy się w wagonie.

Gorzelnia - pocztówka z Brzozdowiec   – Co za gorzelnia? – zobaczymy, bo i ja jej nie znam, wiem tylko, że ma być niezła; przedsiębiorcę jej – jeżeli już mam mówić językiem ustawy gorzelnianej – dotąd nie znam, lecz nieomylę się, gdy po tem, co w liście do mnie napisał, nazwę go bardzo uprzejmym, który nas rad przyjmie w gorzelni. Wódkę pędzi mój uczeń ze szkoły dublańskiej, jeden z najlepszych naszych młodych gorzelników. – Bylibyśmy jeszcze dalej zasypywali pytaniami profesora, lecz on, widocznie z intencją, skierował rozmowę na sprawy akademickie, poczem pytania ucichły, a rozpoczęła się żywa pogawędka, na której czas zleciał nam jakby biczem trzasł. – Przy zbliżaniu się do Borynicz uśmiechał się profesor pod wąsem, stwierdzając, żeśmy się nie nudzili; podejrzewam go, iż z rozmysłem podsunął nam taki temat do rozmów, który najbardziej rozespanego ożywi i rozbudzi.

Konie rosłe i rącze, wygodne powozy i wózki, powietrze świeże, okolica nieznana, a interesująca, oto przyczyny tego, że nastrój uczestników wycieczki wzniósł się jeszcze wyżej, a wesołość przebijała się w dowcipach, z wozu do wozu podawanych. Tak dojechaliśmy do Brzozdowiec.

– Ależ źle jedziecie, przyjacielu na koźle; do gorzelni skręca się w lewo, jak widzę – rzekłem do naszego woźnicy, gdym zaoczył, że mija dojazd do gorzelni.

– Gorzelnia nie ucieknie, a pan mój kazał mi wieźć panów do dworu. I zawiózł nas tak, jak mu kazano.

Sprawozdanie mam zdawać techniczne, nie mogę przeto odbiegać od mego właściwego tematu, lecz czytelnicy sami dorozumiecie się, że nie tylko dla zaprezentowania nas panu Wiktorowi Korzennemu i jego rodzinie, naszym państwu gospodarstwu, zawiozły nas powozy do dworu. Przyczyny były nie tylko duchowej natury, lecz także czysto fizycznej. Uprzejmy gospodarz kazał nam żartobliwie „posilić się przed pracą”, bo „głodnych nie może puścić – jak mówił – do gorzelni”.

Gorzelnia od frontu

Zaczęło się wreszcie zwiedzanie. Na pierwszy rzut oka już, przed przestąpieniem jeszcze progu gorzelni widzimy, że budowano ją z dobrym namysłem. Budynek jednopiętrowy, wykonany w surowej cegle, czworoboczny, bez wszelkich załamań, z przybudowaną z jednego boku klatką schodową, nadającą widokowi pewne urozmaicenie, a kotłownią z drugiego czyni na przybyszu nader miłe wrażenie. Wrażenie to jest potęgowane widokiem pięciu  olbrzymich okien fabrycznych w frontowej ścianie budynku, po których z góry już spodziewać się można wielkiej ilości światła, tak potrzebnego wewnątrz każdej fabryki, a nie to gorzelni, gdzie czystość jest, jak wiemy obecnie, niezbędnym warunkiem powodzenia roboty.Gorzelnia od podwórza

Wita nas p. Izydor Nussbaum i prowadzi do przybytku, gdzie rezyduje i rozkazuje, i niebawem zaczyna opisywać nam rozkład całego budynku.   Najlepszy opis słowami zastąpi nam jeszcze lepiej plan gorzelni, dlatego podaję go tu czytelnikom na załączonej tablicy. (plan miał być w kolejnym numerze czasopisma, ale nie było – przyp. Ł. Cz.).
Wchodzimy przez sień i rzucamy okiem do kancelaryi po lewej stronie. Jesteśmy zdumieni, jak widocznie też prof. Syniewski, jej miłym wyglądem i urządzeniem. „Wodociągu i porcelanowego zlewy do mycia rąk, tegom jeszcze w kancelaryi galicyjskiej gorzelni nie widział”, odzywa się profesor, kręci głową i wstępujemy na prawo do tzw. izby aparatowej. Izba ta jest charakterystyczną dla gorzelni” wysoka (prawie 7 m), niezbyt szeroka (6 m) i tak długa (16 m), że się w niej szeregiem zmieszczą wszystkie aparaty i maszyny, które gorzelnik ma mieć w swem ręku. Pięć olbrzymich okien (1.80 m szer. i 4.20 m w łuku wys.) oświetla tę salę tak jasno, że najdrobniejszy pył na maszynach i aparatach jest zaraz widoczny i nie może ujść bacznemu oku kierownika, tak, że utrzymanie aparatów w czystości jest wielce ułatwione. Izba fermentacyjna jest bardzo obszerna, posiada ściany pociągnięte farbą, po to, aby je można było zmywać wodą i jest przesklepiona na dźwigarach, podtrzymywanych czterema słupami żelaznymi. Podesty, biegnące wzdłuż kadzi, są żelazne, farbą pociągane. Wszelkie rury do prowadzenia zacieru są miedziane. Obok izby fermentacyjnej znajduje się niemniej obszerna drożdżarnia, mieszcząca obok kadzi drewnianych na drożdże i zbiornika gorącej wody, także małą kadź zacierną dla sporządzania i ukwaszenia zacierku pod drożdże. Wszędzie panuje idealna czystość.

Cały budynek jest podpiwniczony, a cała przestrzeń piwniczna podzielona miedzy słodownię i płuczkarnię ziemniaków, wcale się ze sobą nie komunikujących. Do słodowni schodzi się z sali aparatowej. Na wstępie mamy betonową kadź zalewną, z umieszczonym w niej bębnem do moczenia zboża. Jest to bęben z dziurkowanej blachy żelaznej, osadzonej na wale żelaznym, dającym się obracać ręcznie za pomocą korby. Bęben ten jest zanurzony w wodzie, jaka basen jest wypełniony. Dalsza część słodowni jest przeznaczona na zrostownię właściwą. Okna tego lokalu są zwrócone do południa i dlatego są oszklone żółtemi szybami dla powstrzymania zbyt silnych promieni świetlnych. Posadzka jest cementowa, gładka, a uwagę zwraca zagłębiony, wąski kanał-ścieżka, biegnący wzdłuż ścian naokoło całego lokalu. Przy zmywaniu posadzki wodą gromadzi się w tem zagłębieniu i ścieka dalej tak, że nie ma obawy, aby pod grzędy słodu podciekała.

Do płuczkarni wchodzimy z kotłowni. Ziemniaki dostarcza się do tego lokalu przez środkowe okno piwniczne w frontowej ścianie budynku. Zanim dostaną się do wnętrza, muszą potoczyć się po mostku-rafie, umieszczonym nad kanałem gorzelnianym, biegnącym wzdłuż tej ściany gorzelni. Grube zanieczyszczenia, jak błoto i piasek spadają do tego kanału, skąd je woda, ciągle tam płynąca, zabiera dalej. Wewnątrz płuczkarni jest umieszczona płuczka pod środkową ścianą budynku. Płuczka ta, ulepszona specjalnie przez p. Nussbauma, składa się właściwie z dwóch części: z części pierwszej, do której robotnik wrzuca ziemniaki, którą można by nazwać przepłuczką i drugiej, płuczki właściwej. Częśc pierwsza składa się z żelaznej skrzyni o podwójnym dnie. W dnie fałszywem z dziurkowanej blachy znajduje się pośrodku wgłębiona rynna z umieszczoną w niej ślimacznicą. Skrzynia ta jest podczas ruchu wypełniona wodą, przedostającą się z właściwej płuczki. W naszych oczach domieszano do ziemniaków bardzo obficie mierzwy słomianej i takie ziemniaki wrzucono do płuczki. Ziemniaki opadły na dno: między zwoje ślimacznicy, zaś słoma spłynęła na wierzch i została wyniesiona wodą na zewnątrz przez szeroki przelew. Tak od słomy oddzielone ziemniaki posuwa ślimacznica ku właściwej płuczce i tamtędy dostają się one przez wspólny otwór w ścianie płuczki.

Wnętrze gorzelni w BrzozdowcachTu płuczą się one do reszty w sposób znany, aby elewatorem dostać się na strych budynku do ustawionej tam wagi.   Z wyjątkiem górnej części elewatora i wagi, oraz zbiornika na wodę nie ma na strychu żadnej części
aparatu. Tak parnik, jak i deflegmator mieszczą się jeszcze wewnątrz wysokiej izby aparatowej. Kocioł jest urządzony do opalania ropą.

W gorzelni zwraca jeszcze uwagę krótka transmisya i znakomita wprost izolacja rur i wszelkich aparatów, w których wnętrzu krąży para lub znajduje się gorąca woda. Jest to już wyłączna zasługa p. Nussbauma, który izolacye sam niemal własnoręcznie wykonał.

Gorzelnia wyrabia 7 hl. spirytusu dziennie i w tym celu jest co dzień przez 6 godzin w ruchu, a do obsługi wymaga zaledwie 4 robotników. – Tem istotnie, jak się dowiadujemy z ust profesora, zdobywa ta gorzelnia rekord co do minimum czasu ruchu i minimum sił roboczych. W innych warunkach byłoby to niemożliwe. Tu jednak wszystko jest tak dostosowane i należycie rozmieszczone, że istotnie stało się możliwem zejść do powyżej przytoczonego minimum. Prawda, że uwaga gorzelnika musi być w ciągu tych sześciu godzin niezwykle naprężona.

Gorzelnia ta, własność Fundacyi hr. Skarbka została zbudowana w roku 1908 dla wyrobu 1231 hl. kontyngentu, a urządzenie ulepszono jeszcze pod wielu względami w roku ubiegłym.

Mało jest chyba w naszym kraju tak pięknie i tak celowo urządzonych gorzelń jak brzozdowiecka. Że taka jest, należy przypisać wielce szczęśliwemu zbiegowi okoliczności nie tylko tej, że stawiała ją Fundacya, którą stać na dobrze urządzoną gorzelnię, lecz także i tej, że współdziałały tu trzy osoby z zupełnem zrozumieniem rzeczy i wyrozumieniem dla siebie, mianowicie dzierżawca Brzozdowiec, p. W. Korzenny, budowniczy Fundacyi, p. Tabaczyński i kierownik przyszłej gorzelni, p. I. Nussbaum. Niemniej zasługuje tu na uwagę dobra chęć fabryki maszyn ks. Lubomirskiego we Lwowie, która dostarczała tu wszystkie aparaty i temi się tu wielce chlubnie popisała.”

Fotografie, poza pocztówką z moich zasobów, pochodzą również ze strony czajkus.com.

Dzięki uprzejmości Stanisława Burlikowskiego publikuję treść i skan listu z 22 lipca 1946 roku, którego nadawcą był ksiądz Michał Kaspruk, a odbiorcą Jan Burlikowski.

W odczytaniu listu pomogli m.in.: Pan Jan Śliwak wraz z córką, za co serdecznie dziękuję.

List opisuje losy społeczności brzozdowieckiej na Pomorzu Zachodnim. Pisownia oryginalna.

List ks. Kaspruka 1 str.

List ks. Kaspruka 2 str

Kochany Janku!

Na list z 20/5/46 odpisuję dopiero dziś, a to dlatego, że prędzej nie mogłem, gdyż szkoła powszechna i gimnazjum zabierały mi cały tydzień, a do tego parafia obszerna, ogromna, bo pomyśl, powiat ma 1130 km2 i na to 2 księży, ja w Kamieniu i o 22 Klm ode mnie w Golczewie drugi – ja oprócz Katedry w Kamieniu obsługuję 3 Kościoły, a przed 28/7 będzie czwarty a od 4/8 piąty, 25 Klm ode mnie, który w tym dniu poświęcę – w życiu tak ciężko nie pracowałem – czekam na ks. Kozłowskiego i jakoś go nie widać.

Kamień jest to miasto powiatowe nad Zatoką bałtycką – położone pięknie – miasto w 65 % w gruzach – stoi tu 39 pułk piechoty, jest gimnazjum, liceum i szkoła VII klasowa pow. Katedra biskupia mała (?), znacznie zniszczona jest to zabytek z czasów Piasta z roku 1174 – piękna budowla – widzieli ją Antek Hodowany, Staszek, Mundek i Józ. Berezowscy, którzy tu byli w maju. U mnie mieszka Fr. Berezowski z pod Kościoła – na przedmieściu mieszka Feliks Kłosowski – w Trzebieszewie 6 Klm stąd jest kilkanaście naszych rodzin, a to: Koty, Kostuch  Tad. (?) Ciura, Mentełyk (?), Horyń, Gust. Slusarze(?), Piątkowski Bronisł., Szymański Miśko z matką, Berezowski i inni – w Chrząstowie Palińscy. Ci należą do mojej parafii – w Niemicy par. Golczewo są obaj Oleśkowie, Fr. Wewiórski, Kaz. Berezowski Kowal, Fr. i Jan Śliwaki, Bereżyński, Manaszczuk z Helką Mroczkowską i inni. W Goliszewie, Józ. Wereszczyński, Józef Suchorowski, Kania(?) ….. z ojcem i braćmi – w Braterskiej Woli mój Błażko, który jest tam sołtysem, Stach Kawecki, ….szczenko, Guga – ot rozbitki – tu umarł stary Piątkowski – reszta się trzyma – ze Slązka pisał do mnie Antek Jaworski, z Gożowa Tad. Gołębiowski, co z innymi się dzieje nie wiem – Com przeżył od X/45 to Bogu wiadomo – ale o tem kiedyś pogadamy – jak masz ochotę przyjedź w odwiedziny – tylko z góry zaznaczam że do kolei 22 Klm. Jak Ci się powodzi, a Kasia czy zdrowa – a jak rodzicom idzie i innym. Na tem kończę – pozdrów znajomych – ja codziennie modlę się za swoich parafian przed cudownym Obrazem, który umieściłem w Katedrze – Całuję Was serdecznie,

                                                                             Ks. M. Kaspruk, Kamień 22/7/46

W liście wymienieni są, m.in. trzej bracia Berezowscy: Józef (1906-1956), Zygmunt (1914-1998) i Stanisław (1922-2007), którzy po wojnie mieszkali w Tarnowie wraz z rodzinami. Józef Berezowski był kolejarzem, podróżował wiele po Polsce, odwiedzając rozproszonych krewnych i znajomych z Brzozdowiec.

Ksiądz Michał Kaspruk pisał także wcześniej wspomnienia, które dotyczyły jego doświadczeń w czasie I wojny światowej, gdy przebywał w Lubaczowie. Można je przeczytać tutaj.

Kiedy w czerwcu 1944 roku wojska alianckie wylądowały we Francji i utworzyły drugi front, nadzieja wstąpiła w serca Polaków na rychłe wyzwolenie. O powodzenie drugiego frontu patriotyczni mieszkańcy Brzozdowiec i okolicy zamówili Mszę św., którą odprawił ks. mgr Stanisław Kozłowski, miejscowy katecheta i kapelan oddziału AK przy odsłoniętym na ten czas Cudownym Obrazem Pana Jezusa Miłosiernego. Przyszło bardzo dużo ludzi, mimo, że termin nie został publicznie ogłoszony ze zrozumiałych względów. Wiadomość o drugim froncie i Mszy św. o jego powodzenie przekazywały sobie wzajemnie zaufane osoby. A tymczasem stawało się jasne, że te tereny wcześniej zajmą wojska radzieckie. Spodziewano się, że w tym wypadku wojska radzieckie poskromią oddziały UPA i z tej strony nic Polakom nie będzie groziło. Nikt nie przypuszczał, że trzeba będzie opuścić rodzinne strony. Obawiano się także przebiegu walk frontowych. Niemcy się jednak wycofali, w ślad za nimi ciągnęły wojska radzieckie. Niemcy na tym terenie nie stawiali oporu. Ostrzeliwali tylko ogniem artyleryjskim szosę Chodorów – Rozdół, którą przemieszczały się wojska radzieckie. Pociski padały też na Brzozdowce, rannych zostało kilku. Wiele osób z okolicznych domów schroniło się w kościele na czas ostrzeliwania. W tym czasie pewnej nocy ktoś zawiesił biało-czerwoną flagę na budynku TSL-u, zdjętą natychmiast przez Ukraińców.

W okolicy kwaterowała i operowała grupa polsko-sowieckiej partyzantki Mikołaja Kunickiego pseudonim „Mucha”. W swoim pamiętniku pisze m. in.

„Oddział Partyzancki im. Stalina  Wieś Granki/Hranki – Kuty 2.X.1944r.

Rozkaz. Zgodnie z rozkazem generała majora Saburowa oddział przybył do rejonu rozpoznania /wzg.392/.

Wysłano w nocy grupę rozpoznawczą do wsi Granki – Kuty, która nawiązała kontakt z łącznikami banderowców, dostarczyli oni tyle żywności oddziałowi partyzanckiemu, że nie był w stanie jej zużyć.

W dniu 31.X.1944 r. wszyscy dowódcy i łącznicy zostali aresztowani, między innymi łącznik UPA, który pracował od 1925 roku. Aresztowanych w liczbie 47 ludzi skierowano do powiatu Chodorów.

Dowódca  Oddziału Partyzanckiego.”

Krótki ten i zwięzły rozkaz wymaga uzupełnienia wiadomościami. Partyzantka M. Kunickiego rozpoznała dobrze rozmieszczenie UPA, a przede wszystkim znała hasło i odzew jakimi posługiwali się w tym czasie banderowcy. Upowcy byli przekonani, że wyrządzają przysługę bratniej organizacji. Wszystkich aresztowanych trzymano w zabudowaniach dworskich Fundacji St. Hr. Skarbka. Jeden z aresztowanych nazwiskiem „Bryndzak”, widocznie poczuwający się do większej winy popełnił samobójstwo. Pozostałych oddano w ręce NKWD w Chodorowie.

Dowódca oddziału partyzanckiego M. Kunicki złożył wizytę proboszczowi parafii Brzozdowce Michałowi Kasprukowi, który opowiedział mu o zorganizowanej obronie Brzozdowiec. Opowiedział też o historii Cudownego Obrazu Pana Jezusa Ukrzyżowanego i wiarę oraz nadzieję jaką w nim pokładają mieszkańcy Brzozdowiec i okolicy. Odsłonił Cudowny Obraz, przed którym Kunicki chwilę się modlił.

Rozpoczął się pobór do wojska. Polaków wcielano do Polskiego Wojska walczącego przy boku Armii Radzieckiej. Zginął w walce o Berlin Józef Piątkowski z Hranek. Szereg naszych żołnierzy walczyło o Wał Pomorski.

Przystąpił do akcji NKWD. Rozpoczęły się poszukiwania członków Armii Krajowej. Za przynależność do AK aresztowano. Ogółem aresztowano 12 osób. Wśród nich dowódcę na okręg Brzozdowce Stanisława Kordala st. ogniomistrza, Antoniego Antonickiego, Jana Kozakiewicza, N. Szymańskiego, łączniczkę Emilię Rokaszewską. Wszystkich skazano na 10 lat obozu pracy.

Równocześnie prowadzono usilnie agitację na rzecz wyjazdu Polaków na Ziemie Zachodnie. Zaczęli napływać Ukraińcy wysiedlani przez władze polskie z terenów Bieszczad. Postanowiono wyjechać razem. Rusini wyrażali żal z powodu wyjazdu Polaków, czynili to szczerze, nie kryjąc łez. Dobytek zwożono do Chodorowa, gdzie miały być podstawione wagony. Proboszcz ksiądz Michał Kaspruk postanowił wyjechać razem z parafianami. Naczynia, szaty liturgiczne, chorągwie pomogli zabrać parafianie. Cudowny Obraz Pana Jezusa postanowiono zabrać ze sobą. „Niech Cudowny Pan Jezus poprowadzi nas do nieznanego celu. Wszak to największy skarb jaki wieziemy ze sobą”. Tak mówili i dodawali i „jeszcze Relikwie Krzyża Świętego”. Pod taką opieką szczęśliwie dotrzemy do nieznanego celu. Figurki i feretrony przekazano proboszczowi greko-katolickiej cerkwi. Klucze od kościoła otrzymał proboszcz ks. Hapij. Dzwon wielki przekazano cerkwi.

Wnet po wyjeździe Polaków zaczęły się wśród ludności legendy, a to że figurka Matki Boskiej płacze, że z zamkniętego kościoła dochodzą na zewnątrz głosy organów i śpiew. Wyjazd Polaków był wielkim wydarzeniem wprost wstrząsającym i to zarówno dla Polaków jak i Rusinów.

Gdy już wszyscy byli w Chodorowie zdjęto Cudowny Obraz i zawieziono do Chodorowa. Zdjęcia tego najcenniejszego skarbu, jaki posiadało miasteczko dokonał Bronisław Rokaszewski, który był  bardzo tym przejęty i dokonał tego z największą czcią i szacunkiem, świadom historyczności chwili. Dwieście lat odbierał tu cześć zarówno od strony Polaków jak i Rusinów, obdarowywał łaskami zarówno jednych jak i drugich.

W październiku 1945 roku podstawiono nareszcie wagony dwóch pociągów, do których załadowali się Polacy z Brzozdowiec, Hranek i Krasnej Góry. Wielu „pasażerów” tego pociągu już nie żyje, wielu o tym koszmarnym wydarzeniu zapomniało.

Jedna z uczestniczek tego transportu zapisała na ten temat, pani Zofia Kordalowa tak opisuje:

„Co do wyjazdu tyle pamiętam, że wyjeżdżaliśmy 19 października 1945 roku. Bardzo długo czekaliśmy na wagony, otrzymaliśmy odkryte, dopiero w Łabędach przenieśli nas do krytych. Konwojentem naszym był ksiądz Kaspruk, ojciec mój był jego prawą ręką /Franciszek Berezowski/.

Kroczyliśmy wolno razem z Cudownym Obrazem z Brzozdowiec tak jak na Golgotę. Dojechaliśmy do Golczewa, bo dalej nie było torów, kilka rodzin t.j. kombatantów mieli gospodarstwa zajęte bo walczyli na tych terenach, inni musieli dopiero szukać. Będę długo pamiętała ten dzień, była to wigilia, deszczowy dzień, wozem woziliśmy swój dobytek do Trzebieszowa, gdzie ojca do siebie zabrał sekretarz. Długo tam nie byliśmy, w kwietniu 1946 roku byliśmy już w Kamieniu.”

Ks. Kanonik Michał Kaspruk od władz kościelnych otrzymał skierowanie do katedry w Kamieniu Pomorskim, gdzie w głównym ołtarzu umieścił Cudowny Obraz. Z czasem Obraz ten został przeniesiony do kaplicy, zwanej odtąd Kaplicą Brzozdowiecką.

Początkowy zamysł był aby wybrać na osiedlenie miejscowość podobną do Brzozdowiec i tam stworzyć nowe Brzozdowce. Przedstawiciele PURU oferowali po drodze te lub inne miejscowości, brzozdowianom żadna jednak nie odpowiadała. Grupa byłych żołnierzy z Franciszkiem Kotem na czele dążyła do osiedlenia się na Pomorzu Zachodnim. Po drodze jednak przez całą Polskę wiele rodzin wysiadało. Grupy przesiedleńców wysiadały już w Rzeszowie, Krakowie, Bielsku-Białej, dość spora grupa w Gliwicach-Łabędach, w Opolu i okolicy, koło Jeleniej Góry, Żagania, Kołobrzegu, Gdańsku i okolicy. Najliczniejsza jednak grupa w Kamieniu i okolicy. Ksiądz proboszcz Michał Kaspruk zawiesił Cudowny Obraz Pana Jezusa Brzozdowieckiego w Katedrze Kamieńskiej, gdzie odbiera cześć i obdarza łaskami dawnych i nowych parafian.

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,   w styczniu 2014 roku

Ostatnia niedziela Wielkiego Postu rozpoczynała obrzędy Wielkiego Tygodnia i nazywana była Niedzielą Palmową. Przed sumą odbywała się uroczystość poświęcenia palm. Były one robione z gałązek łozy z baziami, umajonymi trzciną, bukszpanem lub barwinkiem, suchymi kwiatkami. Na sumę wszyscy z domu szli z palmami. Każda gospodyni niosła dużą palmę, dzieci miały mniejsze palmy. Obrzęd poświęcenia palm trwał dość długo. Po śpiewach psalmów ewangelii, wyruszała procesja na zewnątrz kościoła. Powracająca do kościoła procesja z palmami zastawała drzwi kościoła zamknięte. Wewnątrz pozostawał tylko organista, który na przemian z celebransem śpiewał przepisane psalmy. Po modlitwach celebrans uderzał ramieniem krzyża trzykrotnie w drzwi kościelne, które się w tym momencie otwierały. Wierni wchodzili do kościoła. Miało to symbolizować otwarcie nieba dla wszystkich przez śmierć krzyżową Jezusa Chrystusa. Wierni ustawiali się przez środek kościoła i kładli swoje palmy na posadzce świątyni. Po palmach tych kroczył, wśród śpiewu „Krzyżu Święty”, celebrans poprzedzony krzyżem procesyjnym. Miał w ręku również palmę. Obrzęd poświęcenia palm zakończony. Rozpoczynała się Msza św. Kolorem liturgicznym Niedzieli Palmowej był fioletowy. Dziś czerwony.

Powracający z kościoła wierni uderzali się wzajemnie palmami mówiąc: palma bije, nie ja biję, za sześć noc – Wielkanoc, za sześć dzień – Wielki Dzień. Tak samo po powrocie do domu uderzano palmą tych, którzy nie byli na sumie.

Poświęcone palmy przechowywano w domu, najczęściej za obrazami. Z początkiem maja, gdy po raz pierwszy wyganiano krowy na pastwisko należało mieć w ręku palmę, którą bydło uderzano aby zdrowo się chowało i krowy dużo mleka dawały.

Poniedziałek i wtorek były dniami przygotowań do następnych dni Wielkiego Tygodnia. Chłopcom przygotowywano kołatki, nazywane „bocianami”. Były te kołatki pojedyncze albo z czterema młotkami, te ostatnie były marzeniem wszystkich chłopców.

W Wielką Środę odbywało się nabożeństwo zwane Ciemną Jutrznią. W ławach obok wielkiego ołtarza zasiadali księża i organista, śpiewając na przemian psalmy przepisane dla tego obrzędu. W prezbiterium ustawiano świecznik o 13 świecach. Na dany znak przez księdza katechetę, ministrant gasił po jednej świecy. Ostatnią pośrodku świecę nie gasił tylko płonącą wynosił za ołtarz.  W tym momencie księża uderzali książkami o pulpit, co dawało sygnał do ogromnego łoskotu kołatkami, jaki wprawiła czekając z niecierpliwością na ten moment „zgraja” chłopców z kołatkami. Wypadali z kościoła i biegiem z głośnym kołataniem obiegali kościół.

Ciemną Jutrznię odprawiano jeszcze w Wielki Czwartek i Wielki Piątek.

W Wielki Czwartek w godzinach rannych odprawiała się jedyna Msza św. Na „Gloria” uderzały wszystkie dzwony i  dzwonki tak w kościele jak i poza kościołem, po czym milkły aż do ”Gloria” w Wielką Sobotę. Milkły też organy. Po Mszy św. w procesji przenoszono Najśw. Sakrament do bocznego ołtarza, św. Michała, do t. z. „ciemnicy”.

Liturgia Wielkopiątkowa rozpoczynała się o godzinie 7-mej. Następowała adoracja Krzyża św., komunia św. a potem przeniesienie Najśw. Sakramentu do Grobu. Odtąd obywała się adoracja aż do rezurekcji przez całą noc z piątku na sobotę.  Nabożeństwo odbywało się, jak wszystkie zresztą, w języku łacińskim, niezrozumiałym dla wszystkich wiernych.

Warto tu jeszcze opisać wygląd Bożego Grobu. Był zresztą bardzo piękny. Urządzony był przy ołtarzu Matki Boskiej. Z naturalnej zieleni wyłaniała się malowana na czterech elementach dekoracyjnych. W głębi znajdowała się nisza grobowa, w której leżała figura Pana Jezusa. Nad niszą, na ołtarzu wśród malowanych obłoków monstrancja. W ukryciu, wśród zieleni umieszczano klatki ze śpiewającym ptaszkami. Przed Bożym Grobem ustawiano fontannę. Wystrój Bożego Grobu, cichy plusk fontanny i śpiew ptaków sprawiały niezwykły, modlitewny nastrój. Szczególnie w Wielką Sobotę, gdy umilkły całonocne śpiewy wielkopostne a w kościele zapanowała absolutna cisza.

W Wielki Piątek, po odśpiewaniu wszystkich trzech części Gorzkich Żalów ministranci urządzali szukanie i gonienie Judasza. Przygotowywali pochodnie i kije a tymczasem Judasz ukrył się. Szukano go na cmentarzu kościelnym, w ogrodzie plebańskim w różnych zakamarkach a gdy znaleziono go, uciekającego okładano symbolicznie kijami za jego zdradę. Judaszem zdrajcą był…kościelny Marian Sanocki.

W Wielki Piątek był zwyczaj na znak żałoby zasłaniać lustra. Przepisy postne były w ten dzień absolutnie przestrzegane, aż do przesady, n. p. nie można było jeść żadnego tłuszczu nawet masła, nie spożywano też mleka, a głównym pożywieniem były ziemniaki okraszone olejem konopnym oraz zupa z suszonych owoców.

W domach zachowywano powagę i skupienie, za śmiech dzieci były upominane.

Kolorem liturgicznym Wielkiego Piątku był kolor czarny, z wyjątkiem procesji do Bożego Grobu, w kolorze białym.

 

Z oryginalnego pierwopisu maszynowego spisał wiernie Stanisław Burlikowski,  w marcu 2013 roku

Warto zaglądać na stronę Cyfrowej Biblioteki Narodowej, gdzie znajdują się ciekawe archiwalia a także informacje na tematy kresowe. Na razie nie ma wiele na temat Brzozdowiec, poza wzmianką w wydanej w roku 1889 książce Zapiski florystyczne z powiatu bobreckiego autorstwa Bronisława Gustawicza (1852-1916).Gustawicz

W zbiorach fototeki Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie znajdują się przedwojenne fotografie z wnętrza kościoła oraz jedna fotografia powojenna (1957).

Nowe – przedwojenne fotografie w Galerii można obejrzeć tutaj. Zdjęcia nadesłał Stanisław Burlikowski. Zachęcam do oglądania – może uda się rozpoznać niektóre z osób na zdjęciach zbiorowych?

Książka ks. Piotr Zawady Rany Zbawiciela, wydana nakładem Apostolicum, traktuje o historii, teologii i kulcie obrazu Jezusa Ukrzyżowanego i Matki Bożej Bolesnej z Brzozdowiec, a znajdującego się obecnie w Kamieniu Pomorskim. Łączy w sobie walory pracy naukowej z przystępną lekturą, ciekawą dla każdego czytelnika zainteresowanego tematyką brzozdowiecką. Autor w kolejnych rozdziałach przybliża temat, przechodząc od perspektywy ogólnej, czyli zarysu dziejów miasteczka i parafii, do historii kościoła, kontekstu lokalnego kultu obrazu a także wątków interpretacji teologicznej. Widać staranne opracowanie źródeł historycznych. Szczególnie ciekawe, dla mnie osobiście, było wyjście poza dane z broszurki ks. Motykiewicza i rozszerzenie katalogu informacji o cudach. Widoczny jest również fachowy opis ikonografii obrazu. Dużą zaletą książki są także niepublikowane wcześniej archiwalne fotografie Brzozdowiec oraz bogata literatura przedmiotu odsyłająca zainteresowanych do źródeł historycznych. W książce jest wiele szczegółów, które są dowodem na rzetelne przygotowanie materiału badawczego, a i dla mnie są powodem do drobnych zmian w treści strony. Słowem – w bibliografii brzozdowieckiej przybyła nam solidna nowa lektura. Polecam, nie tylko na jesienne wieczory.

Książkę można zamówić przez Wydawnictwo Apostolicum tutaj.

%d blogerów lubi to: