Rodzinna rocznica

19/11/2009

Dziś przypada 90. rocznica urodzin mojej Babci, Katarzyny z Dąbrowskich Berezowskiej (ur. 19.11.1919 w Brzozdowcach, zm. 05.07.2002 w Krakowie).

Stronę poświęconą Brzozdowcom zaczęłam prowadzić wiosną 2002, ale moja pierwsza podróż do Brzozdowiec miała miejsce już po śmierci Babci. W pewnym sensie strona ta była prezentem i podziękowaniem za różne ciekawe historie, które przekazywała mi w opowiadaniach i w listach, a także we wspomnieniach, które napisała w latach 1998-2000.  Poniżej fragment ze wspomnień, dotyczących okresu dzieciństwa:

Urodziłam się 19 listopada, był już wtedy taki mróz, że rzeczka była tak skuta lodem, że saniami jechali przez rzekę. Tam był ostrzejszy klimat. Ludzie na zimę otulali swoje chaty snopami słomy. Robiło się z „tyczek” takie rusztowanie, które trzymało te snopki. Otulało się ściany przynajmniej po okna. To też dzięki temu nie było w domu wilgoci. Rodziny były wielopokoleniowe. Zwykle najstarszy syn żenił się do rodzinnego domu. Gospodarzył razem z rodzicami. Młodsze rodzeństwo odchodziło. Brat spłacał im, albo dawał kawał pola. Czasem młodzi budowali sobie domy. Rodziny były wielodzietne. Bogatsze rodzeństwa pomagali siostrom czy braciom biedniejszym.
Moi dziadkowie i bracia i siostra ze strony ojca mieszkali na ulicy Borynieckiej. Ja poznałam u nich koleżankę starszą ode mnie o rok. Miała na imię Jadwiga. Ona chodziła do ochronki i zachęciła mnie, żebym tam przyszła. Ja na drugi dzień ubrałam się, mamy nie było w domu . Tato dał mi chleba i nie wiedziałam gdzie jest ta ochronka. Ale sąsiednia dziewczynka szła do szkoły i obiecała, że mi pokaże. Miała na imię Kazimiera. Wołało się ją Ziuńka. Przyszłyśmy pod szkołę. Ziuńka powiedziała do mnie, że nie może mnie odprowadzić do ochronki, bo spóźni się na lekcję. Mówiła, żebym szła prosto i jak zobaczę duży dom z dwoma kominami to będzie właśnie ochronka. Zauważyłam taki dom. Weszłam po schodach, ale drzwi były zamknięte. Po drugiej stronie drogi dziewczynka pasła krowę. Poradziła mi, żebym pociągnęła za drut. Podskoczyłam i zadzwonił dzwonek. Wyszła zakonnica i powiedziała, że do ochronki wchodzi się drzwiami od tyłu. Poszłam na drugą stronę i weszłam do kuchni. Siostra pokazała mi drzwi do ochronki. Gdy weszłam do sali zobaczyła mnie Jadwiga. Wyskoczyła na ławkę i zawołała, żebym usiadła koło niej. Siostra zapytała mnie jak się nazywam, gdzie mieszkam, czy umiem się przeżegnać. Potem chodziłam codziennie do ochronki. Siostra nazywała się Bronisława, ale zakonne imię miała Feliksa. Uczyła nas piosenek krakowiaków, piosenek mazowieckich a równocześnie bawiliśmy się w coś w rodzaju rytmiki.
Jak miałam pięć lat to był wielki pożar. To nawet pamiętam jak to wyglądało. Trzech chłopców ruskich małych od 7-9 lat, zapalili ognisko niedaleko zabudowań. Chcieli upiec sobie ziemniaki. Był październik, wszędzie pełno stogów niemłóconego zboża. Młóciło się dopiero cepami w zimie. Snopki fasoli suszyły się pod daszkami na polu, snopki kukurydziane. Było jeszcze wtedy dużo chatek i innych budynków gospodarskich krytych słomą. Dzień był słoneczny i wietrzny. Spaliło się wtedy czterdzieści gospodarstw. Pożar był ogromny. Zapalone snopki latały w powietrzu. Nie było możliwości jakiegokolwiek gaszenia. Kto był w domu to ratował, co mógł. Moja mama zaprowadziła mnie w bezpieczne miejsce, nad rzekę. Kazała mi tam stać i nigdzie się nie ruszać. Ona po mnie przyjdzie. Stałam i patrzyłam na ten ogień. Mama jakimś cudem wyciągnęła z domu maszynę do szycia. Miała tylko wypaloną dziurę na spódnicy. Ojciec z trudem wyciągnął ze stajni świnię. Miał poparzone ręce i świnia też była trochę poparzona. Babcia uratowała pościel, trochę ubrań i butów (w tym nie wszystkie do pary). Domek był drewniany, spalił się do fundamentu. Wszystkie plony rolne z całego roku spaliły się. Krowa ocalałaby była jeszcze na pastwisku. To było wczesnym popołudniem. Przyjęła nas na mieszkanie daleka rodzina Palińscy. Dziwię się nawet, bo sami mieli liczną rodzinę. Tam mieszkaliśmy cały rok. Zaraz na wiosnę zaczęliśmy budować domek. Babcia pojechała do Chlebowic (swego rodzinnego miejsca). Miała tam koleżanki. Poprzynosiły jej, co mogły. Przywiozła pełną furę żywności. Wprawdzie dostaliśmy ubezpieczenie, ale to były lata tuż po wojnie i te pieniądze nie miały wartości. Mama kupiła za nie metr krawiecki. Nie wiem, jakim cudem budowali ten dom, wiem, że dużo robili sami. Moi rodzice byli pracowici. Mama szyła ludziom. Pola było trochę, ziemia tam urodzajna, czarnoziem, Podole. Śpiewało się, że na Podolu rośnie żyto bez kąkolu. Babcia moja mówiła, że łzy miała w oczach, jak zobaczyła moją radość, kiedy przyszłam na budowę, były tylko ściany i dach. Nie było jeszcze podłogi, okien, a ja z radości tańczyłam na klepisku. Szybko zamieszkaliśmy tam. Powoli umeblowało się, zbudowali stajnię. A ładny budynek gospodarczy wybudowaliśmy dopiero w 1938 r. To już budował mój mąż Józek. Pomagali jego ojciec Tomasz i bracia Zygmunt i Staszek.

%d bloggers like this: