Wrzesień 1939 w relacji pamiętnikarskiej

17/09/2009

Zamieszczam fragment wspomnień Katarzyny z Dąbrowskich Berezowskiej (1919-2002) poświęconych wydarzeniom września 1939 w Brzozdowcach. Pisownia oryginalna.

Pierwszego września wywiesili pod kościołem plakat mobilizacyjny. Mężczyźni do lat chyba pięćdziesięciu z białymi kartami mobilizacyjnymi stawią się w swoich jednostkach w pierwszym dniu, z niebieskimi w drugim dniu a z czerwonymi w trzecim dniu. Józek [Berezowski, mąż – przyp. EW] miał białą kartę. Służył w wojsku w Dubnie, ale kartę miał wystawioną do Stanisławowa. Dziewiętnasty Pułk Piechoty Legionów – Dubno. Przyjechał wieczorem z Gródka Jagiellońskiego i zaraz wcześnie rano miał pociąg do Stanisławowa. Ubranie cywilne przysłał pocztą do domu. Wrócił pod koniec września, piechotą, gdzieś od Przemyśla. Umęczony strasznie, wygłodzony. W nocy zrywał się, krzyczał. Żadna kuchnia polowa do nich nie przyjechała, ani nawet żadne suchary, czy chleb. Żywili się surowymi liśćmi kapusty i głąbami kapuścianymi, karpielami, które były jeszcze na polu. Samoloty rzucały bomby. Byli zabici i ranni odłamkami. Samoloty latały nisko. Ustawiali się na skraju lasu, szeregiem i z karabinów strzelali do samolotu. To nic nie dało. Kilka razy szykowali się do szturmu, ale nigdy nie doszło. Takie czekanie na wroga z bagnetem jest bardzo stresujące, robi na człowieku kolosalne wrażenie. Czuli, że są otoczeni, żyli nerwami. Niewyspani, głodni, niemieckie wojska wkoło. Robili kilkanaście razy wypady, które przynosiły tylko straty w ludziach. Niemcy podzielili Polskę na takie „trójkąty”. Tak, że okrążali nasze wojska z łatwością. Nic nie wiedzieli o Ruskich. My też nie wiedzieliśmy. Tylko kolejarze, którzy wracali ze wschodniej granicy mówili, że jakieś wojsko (nie Niemcy) wyładowuje się na wschodzie. Myśleliśmy, ze to Francuzi idą nam na pomoc. W końcu jakby wojna ucichła. Przyszli Ruscy. Józek z innymi został rozbrojony, wzięli mu jeszcze brzytwę i szeroki pas wojskowy i prowadzili na wschód. W pewnym momencie rozwiązał mu się but. Przystanął żeby go zawiązać. Był mały pagórek. Zobaczył, że wojsko poszło, nikt go nie widzi. Poszedł w drugą stronę w kierunku Lwowa i doszedł do Chlebowic do naszych znajomych. Tam odpoczął, wyleczył zbolałe nogi. Spotkał kilku żołnierzy, którzy też szli do domu. Tutaj było trochę spokojniej, chociaż Ukraińcy łapali wracających, zabierali im broń. Widzieliśmy kilka trupów płynących Dniestrem.

Ci, którzy mieli stawić się w trzecim dniu mobilizacji powracali się do domu, bo już nie było komu żeby ich przyjąć, dać im mundury i broń. Niemcy postarali się zrobić taki bałagan, tymi bombami. Lwów długo się bronił, ale jak już przyszli Ruscy, to masowo rozbrajali. Nie było rozkazu bić się z Ruskimi. Jak Józek pojechał do Stanisławowa i mężczyźni z białymi kartami wybierali się do pociągów do Lwowa, radio jeszcze pocieszało, że nie dojdzie do wojny. Poszłam do koleżanki, ona miała lampowe radio i mieszkał u niej policjant. Było nas kilka. Ona poszła do pokoju posłuchać dziennika. Wyszła i mówi głośno. Mamy wojnę. Bombardują inne miasta i Częstochowę. Usłyszał to policjant i zaczął na nią krzyczeć, co ona wygaduje, że ją zamknie. Ona mówi, że słyszała w radiu. Mówi mu, niech pan radio zamknie. No i zaraz na drugi dzień zaczęli „ciągnąć” młodzi mężczyźni wszystkimi drogami, do Rumunii. Polskie kobiety piekły chleb i wynosiły w bańkach mleko. Dawali każdemu chleb, mleko pili, nalewali sobie do butelek. Było ich tak dużo. Ludzie jeden chleb piekli a drugi przygotowywali. To znaczy nie jeden chleb, ale tyle ile mieściło się w piecu. Od zachodniej granicy wszyscy, którzy nie dostali się do wojska jechali rowerami albo na piechotę. Dołączali do nich nasi. Czternastego września było u nas święto parafialne,  Podwyższenie Krzyża Świętego. Przed wojna przychodziły do nas pielgrzymki z pobliskich i dalszych wsi, procesja z cerkwi. Była karuzela, fotograf, kramarze. Dzieci kupowali sobie różne trąbki, bębenki. Dziewczynki pierścionki. Wtedy nic nie było. Było cicho. Wybrałam się na ósmą rano do kościoła. Szłam drogą zwaną wsią. To była droga pomiędzy ruskie domy. Pod kościołem spotkałam starszą siostrę mojej koleżanki. Ona zdziwiła się, że ja przyszłam tą drogą. Mówię jej, że nic nie zauważyłam. Że jest tak cicho. Dowiedziałam się od niej, że u nas nie ma już policji. Dostali rozkaz stawić się dzisiaj w Chodorowie, żeby oddać broń i mundury. Co będzie z nimi nie wiadomo, że grasują ukraińskie bandy. Lwów jeszcze się broni. Kilku żołnierzy rozbrojonych przez Niemców przyszło do domu. Nie wiedzą co mają robić. Między innymi jej mąż też przyszedł, na razie się ukrywa. Chciał iść do Rumunii, ale spotkał takich, co z stamtąd wracają. Bo dowiedzieli się, że tam Polacy siedzą za drutami. Że ze Lwowa poprzychodziły kobiety z dziećmi bo tam bieda, nie ma co jeść, bomby lecą. Ukraińcy witają Niemców kwiatami, oklaskami i wołają bitte, bitte.

Ludzie nic nie robią w polu, tylko siedzą w domu. Słuchają radia. W końcu i radio zamilkło. Wreszcie dowiadujemy się, że wojsko niemieckie rozłożyło obóz kilkanaście kilometrów od Brzozdowiec i wywiesili transparent z napisem w języku niemieckim i rosyjskim: Tu obozuje wojsko niemieckie. Nie wiedzieliśmy co to ma znaczyć. W niedzielę wychodzą ludzie z kościoła. Z jednej strony maszerują Niemcy, z drugiej z przeciwka maszeruje jakieś wojsko. Ludzie nie wiedzą co będzie, chowają się do kościoła. Może będą się bić. Oni przeszli obok siebie, zasalutowali sobie wzajemnie i poszli. Wreszcie zaczęli przychodzić żołnierze, którzy bronili Lwowa. Opowiadali jak rozbrajali ich radzieccy żołnierze. Zebrali ich dużo na wielkim placu. Wyzywali ich od najgorszych. Urządzili sobie pośmiewisko. Musieli biec przez jakiś plac, pojedynczo przełazić przez jakąś szparę rzucać broń i znowu biegiem. Przy tym bili ich, wyzywali, klęli. Oni byli bardzo zmęczeni, głodni, niewyspani. Padali, a oni rechotali się i dokazywali. Polaków „krew zalewała” ze złości. Zaczęły ukazywać się różne plakaty, ulotki szkalujące polski rząd i Polaków. Wreszcie pojawili się Rosjanie. Dwóch Komandirów i młoda Rosjanka dyrektorka szkoły. Zwołali rodziców w sali T.S.L. Uradzili, że są dwa budynki, będzie polska szkoła i ruska. Żydzi z Rusinami, Polacy osobno. Powyrzucali krzyże, portrety. Pod kościołem była taka przybudówka i tam mieszkał samotny człowiek, kaleka. On dmuchał taki miech przy organach. Zabrał te wszystkie krzyże i powiesił na ścianie. Wyglądało to jakoś strasznie. Dyrektorka zarządziła cofnięcie wszystkie klasy o jeden rok. A klasę pierwszą do przedszkola. Dzieci, które skończyły siódmą klasę musieli chodzić jeszcze rok do siódmej. Zaczęły się mityngi codziennie wieczorem. Wszystko musiało się robić, Komandiry przyjechali w drelichowych granatowych ubraniach. Za kilka dni ubrali się w garnitury, płaszcze jesionki, kapelusze, szaliki w kratkę. Nie do poznania. Dyrektorka szkoły też. Kupiła sobie płaszcz z futrzanym kołnierzem, beret, torebkę. Sprowadziła sobie koleżankę akuszerkę. Potem jeszcze sprowadziła pielęgniarkę. Wszystkie były młode, świeżo po studiach. Komsomołki. Dostały nakaz pracy. Rodzice ich bali się o nich. One też się bały, ale musiały jechać. W niedługim czasie pełno ich najechało do Lwowa i do innych miast. Wszystko wykupili. Ludzie nie byli zorientowani jaką wartość ma rubel. Oni liczyli, że rubel to złoty. A rubel miał wartość dziesięć rubli jedno jajko. Rosjanka nakupiła różnych rzeczy. Pytają się jej skąd ma tyle pieniędzy. Ona mówi, że sprzedała beczkę kapusty i za to kupiła płaszcze, buty, sukienki, bieliznę. Zorganizowali urząd gminny Oblasti przyłączyli nas do gminy Poddniestrzany powiat Chodorów a województwo Stryj.

Codziennie wieczorem musiało się iść na mityng. Musiało się krzyczeć „Chaj żywe”, musiało się klaskać. Wyszedł na balkon w T.S.Elu komandir. Coś tam po rosyjsku, w końcu pytał się tłumu ludzi: „Czyja se zasłuha?”. Musiało się odpowiadać: „Czerwonoi armiji”. No i bez końca „Chaj żywe Stalin, Czerwona armija” i różne takie. Byli tacy wybrani dziesiętnicy. Miał pod swoją opieką dziesięć domów. Musiał przypilnować żeby z każdego domu ktoś przyszedł na ten mityng. Przychodził też do nas. Był to Rusin, ale dobry sąsiad. Bardzo prosił mego tatę: „Władziu, chodź, bo będę miał kłopoty i Wy będziecie podejrzani.” Mój ojciec chodził, nieraz klął, ale szedł. Sklepy Żydom pozamykali, ludzie nieprzyzwyczajeni do kolejek, robiły się nie kolejki, ale tłumy. Był jeden sklep spożywczy. Dostaliśmy małe zeszyciki z pieczątką. Jak coś do sklepu tego przywieźli, to jak się udało dostać, to zapisywał w zeszyciku i przybijał pieczątkę. Było to 25 dkg cukru, albo kostkę szarego mydła, albo pół litra nafty. Szkoda, że nie zachował się ten zeszyt.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: